New South Wales- kraina nie z tej planety?

22 kwietnia 2015  By nakreceni.in 
9


Ten facet powinien stać za szybą w muzeum jako cenny eksponat osiągnięć szkoły dobrych manier. Mógłby ewentualnie zdobić billboardy przewoźnika, dla którego pracował. On sam by pewnie nie chciał być nazywany pracownikiem, stanowi raczej typ pasjonata i trudno oprzeć się wrażeniu, że jego codzienne zajęcie daje mu spełnienie, jakie dziś rzadko obserwuje się u zwykłych ludzi. A on jest po prostu kierowcą autobusu kursującego pomiędzy Melbourne a Sydney. Jest wirtuozem w swoim fachu. Przyjmując bagaże, które sam układał w luku nie przyjął podziękowań, bo twierdził, że to dla niego czysta przyjemność. Podeszliśmy do tego z pewną rezerwą, a co jeśli facet jest pod wpływem środków rozweselających? Nie. On był pasterzem, a my jego owieczkami, za których komfort i samopoczucie odpowiadał przez całą drogę. Już na pokładzie objaśnił nam trasę, postoje i opisał, gdzie będziemy mogli podładować sprzęt lub skorzystać z wi-fi. Następnie puścił film instruktażowy odnośnie wyposażenia autokaru i zaraz po nim wyprostował wszystkie nieścisłości. Wodę w toalecie spuszcza się przyciskiem, a nie wajhą, a torebki na śmieci przy każdym siedzeniu zastąpiono jednym koszem. Kurs był całonocny, więc późniejsze komunikaty wypowiadał teatralnym lecz wciąż szeptem, by nikogo nie obudzić. Nad ranem, jeszcze przed Sydney rozwodził się o mieście, o tym co zobaczymy na wjeździe i podał dokładną prognozę pogody na kolejne dni. Nim dotarliśmy na miejsce, przypomniał żebyśmy zabrali wszystkie bagaże, ułatwiając zaspanym podróżnym zadanie. Wymienił wszystkie miejsca, gdzie potencjalnie mogliśmy umieścić nasze rzeczy. Pod fotelem, przed fotelem, nad głową, w przejściu, na siedzeniu. Tak bardzo życzył nam wszystkim udanego pobytu w Sydney, że gdyby to od niego tylko zależało mielibyśmy gwarantowany urlop życia. Może naprawdę ci Australijczycy ulepieni są z innej gliny?

Oglądanie Sydney zostawialiśmy sobie na koniec pobytu, a tymczasem ponownie na pięć dni braliśmy auto by tym razem poznawać uroki stanu South New Wales. Od początku ciągnęła się za nami dobra aura przekazana przez kierowcę. W przeciwieństwie do Melbourne w Sydney odebraliśmy kluczyki do fury, w której można zrobić zimny łokieć i odpalić głośno muzykę nie narażając się na bycie pośmiewiskiem. Z łatwością, kierując się na azymut wyskoczyliśmy na autostradę i pognaliśmy przed siebie i choć bez planu, to czując taki luz jaki daje wyłącznie bycie zmotoryzowanym!

Blue Mountains – szlak księcia Henryka

Droga zaniosła nas w Góry Błękitne (Blue Mountains– nazwa pochodzi od poświaty, czy też mgiełki, która osłania widziane z daleka góry, dość typowe zjawisko sprytnie wykorzystane marketingowo przez Ozies). Cudne miejsce, zwłaszcza warty uwagi jest szlak księcia Henryka prowadzący wzdłuż przepaści z widokami na otoczoną z trzech stron skałami zalesioną dolinę. Gdyby szukać odpowiedniej lokalizacji na organizację The Hunger Games to byłoby to idealne miejsce. Dzikie, trudno dostępne i z wieloma miejscami dla widzów krwawego widowiska. Dawno żaden trekking nie dostarczył nam takiej przyjemności jak kilkugodzinny marsz stale przerywany postojami na punktach widokowych i odbijaniem na odnogi szlaku, na końcu których kryły się wodospady, kaskady lub kolejne malownicze balkony. Nawet zebralibyśmy w sobie dość sił, by podążyć tą samą ścieżką z powrotem do oddalonego o wiele kilometrów parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód, ale sympatyczny starszy pan dał złapać się na kciuk Ani i odstawił nas z powrotem.

New South Wales-6606 (Kopiowanie) New South Wales-6510 (Kopiowanie) New South Wales-6525 (Kopiowanie) New South Wales-6509 (Kopiowanie) New South Wales-6480 (Kopiowanie) New South Wales-6536 (Kopiowanie) New South Wales-6553 (Kopiowanie) New South Wales-6520 (Kopiowanie) New South Wales-6506 (Kopiowanie)  New South Wales-6486 (Kopiowanie)New South Wales-6593 (Kopiowanie)New South Wales-6539 (Kopiowanie)New South Wales-6563 (Kopiowanie)

Ponownie campingi dzieliliśmy pomiędzy dzikie położone w górach, gdzie jedyny dzwięk stanowił tumult skaczących gromadami kangurów, a takie ułożone na równiutko przystrzyżonej trawce, obok placu zabaw, siłowni na świeżym powietrzu i wybiegu dla psów, gdzie czworonogi mogły się wyszaleć, a ich właściciele mieli podane wszystkie akcesoria, dzięki którym teren w niczym nie przypominał parkowego pola minowego. To wszystko okraszała zaczynająca się kolorowa jesień ubierająca drzewa w czerwienie, żółcie, pomarańcz i coraz ciemniejszą zieleń. A dla nas najważniejsze, że ani słońce nie chowało się za chmury, ani temperatury nie zajrzały jeszcze do kalendarza. Gdyby nie kolor drzew, bylibyśmy pewni, że trafiliśmy w środek ładnego polskiego lata. Zupełnie nieźle być Australijczykiem!

Sanktuarium – zoo po australijsku

A czy zupełnie nieźle być australijskim zwierzakiem? Do kangurów nie pała się tu wielką miłością. Jak w informacji turystycznej pani prosiła nas byśmy próbowali jechać 80, a nie 100 jak pozwalają przepisy, drogą po Grampions, to chodziło jej wyłącznie o nasze zdrowie i stan auta. Uderzone zwierzę i tak zginie, a dla farmerów będzie to o jednego szkodnika mniej. Przyrodę jednak Australijczycy chronią, obejmują opieką zagrożone gatunki i są dla nas na tyle wiarygodni, że postanowiliśmy wybrać się do tamtejszego zoo. Oni nazywają to sanktuarium, zoo być może źle się kojarzy, a park położony pół godziny drogi od Sydney faktycznie zoo nie przypominał. Teren zagospodarowano wyłącznie dla gatunków zwierząt występujących w Australii (z Tasmanią włącznie), tak by jak najmniej odgradzało je od człowieka. Kangury hasały wolno, koale były na wyciągnięcie ręki, pelikany za niziutkim murkiem, a pozostałe ptaki w wielkich klatkach. A te wyjątkowo wzbudzały nasze zainteresowanie od kiedy na campingach zapoznaliśmy się z ptaszkiem wydającym odgłosy identyczne z R2D2 z Gwiezdnych Wojen. Ciekawe jak wiele inspiracji zebrał z australijskiego buszu George Lucas! W oglądanym przez nas parku jedynie jaszczury i węże znalazły się za szybą terrarium, ale już krokodyl odpoczywał w basenie, do którego w przypływie napadu szaleństwa można by skoczyć. Zainteresowały nas pelikany, bo ich przeskoki, a nie przeloty zdawały się podejrzane. Rzeczywiście, te ptaki akurat mają podcięte skrzydła, by nie odleciały z terenu sanktuarium. Nam też odrobinę podcięło to skrzydła, ale kupiliśmy tłumaczenie dziewczyny dbającej o ich staw, że to bardzo pospolite w Australii zwierzęta, a trzymanie ich w takim parku dla celów edukacyjnych jest słuszne.

New South Wales-6662 (Kopiowanie) New South Wales-6723 (Kopiowanie) New South Wales-6470 (Kopiowanie) New South Wales-6689 (Kopiowanie)Koala-67241

Nasze uwielbienie skupiło się jednak na trzech zwierzakach. Tuż za podium znalazłyby się potężne sowy, które spojrzeniem stale próbowały zahipnotyzować odwiedzających. Ale, po pierwsze koala. Dokładnie tak cudny i uroczy, jak wszystkie wyobrażenia o tym nie-misiu. Australijczycy skupili się na wyjaśnianiu wszystkich nieścisłości odnośnie tego stworzenia i zaznaczyli, że koala jedynie sprawia wrażenie upalonego mocną holenderską trawką, a tak naprawdę żywiąc się wyłącznie mieszanką odmian eukaliptusa potrzebuje dużo spokoju i odpoczynku, by trawić liście i zamieniać je na życiową energię, na więcej po prostu nie ma siły. Całe jego życie opiera się na tej spokojnej wegetacji, zupełnie jakby nigdy nie otarł się o kapitalistyczny wyścig szczurów. Oglądanie koali jest równie hipnotyzujące jak sowie oczy. Drugi na naszej liście to wombat, coś na kształt owłosionej niedużej świni. Wychodzi z nory i niucha jakby liczył, że koala rozsypał na ziemi trochę swojego towaru. Na drogach często mijaliśmy znaki ostrzegające o obecności wombatów i uznaliśmy, że posikalibyśmy się ze szczęścia oglądając je w naturalnym środowisku. Los nam sprzyjał, ale o tym za chwilę. Naszym numerem jeden w sanktuarium, zwierzakiem absolutnie niepowtarzalnym okazał się diabeł tasmański. Naturalnie występujący wyłącznie na Tasmanii właśnie, a nam znany z kreskówek diabełek szalał po swoim wybiegu w kółko biegając. Jak obłąkany. Ten zamiast trawy wybrał mocne extazy. Nie przypuszczaliśmy, że bajki Looney Tunes miały tak wiele wspólnego z prawdą! Prześmieszne stworzenie, jego dzika gonitwa bez celu to obrazek nie mniej ujmujący niż wolno przemieszczający się, niby nieporadnie chwytający gałęzie swojego drzewka koala. Australijskie sanktuarium pozwoliło nam zapoznać się ze zwierzętami, o których istnieniu jedynie słyszeliśmy i które tak bardzo nie przypominały niczego innego, co znaliśmy dotychczas, że wizyta wzbudziła w nas zachwyt na jaki nawet się nie nastawialiśmy!

A potem pojechaliśmy na wybrzeże, ponownie sunąc wzdłuż niepowtarzalnych australijskich klifów i surferskich plaż. I znów oglądaliśmy miasteczka zadbane jak z propagandowego obrazka ojczyzny ludowej. Akurat trwały wybory do samorządów, a że w Australii nie istnieje cisza wyborcza, to każda nasza wizyta w informacji turystycznej lub budynku z publiczną toaletą, co zawsze jakoś nakładało się na lokal wyborczy, wiązała się ze zbieraniem ulotek i tłumaczeniem, że my akurat nie wpadliśmy tu głosować. Wszystko odbywało się w bardzo kulturalnej formie, choć agitacja do samego końca odbywa się tam bardzo aktywnie. Na koniec dnia, już po zmroku, Ania (dowodząca mapą) pokierowała nas przez scenic road, która wiła się zakrętami, jakich nie powstydziłby się rajd Monte Carlo, ale nagrodą za skupienie był wspaniały camping (oczywiście darmowy- dziękujemy Australio!), na którym naszymi towarzyszami wieczornego gapienia się w gwiazdy i popijania niesłusznie taniego wina z Aldi zostały… wombaty! To już naprawdę tak wiele szczęścia na raz, że niemal ogarnęło nas depresyjne uczucie, że dalej może być tylko gorzej. Niemal, bo tak naprawdę syciliśmy się chwilą po cichu licząc, że Nowa Zelandia będzie jeszcze ciekawsza niż krótki epizod w Australii. A w krainie OZ przecież czekało na nas jeszcze Sydney!

New South Wales-6870 (Kopiowanie) New South Wales-6836 (Kopiowanie) New South Wales-6886 (Kopiowanie) New South Wales-6815 (Kopiowanie) New South Wales-6904 (Kopiowanie) New South Wales-6808 (Kopiowanie) New South Wales-6792 (Kopiowanie) New South Wales-6828 (Kopiowanie) New South Wales-6772 (Kopiowanie) New South Wales-6797 (Kopiowanie) New South Wales-6822 (Kopiowanie) New South Wales-6860 (Kopiowanie) New South Wales-6825 (Kopiowanie) New South Wales-6924 (Kopiowanie) New South Wales-6614 (Kopiowanie)Koala-67242




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







  • Pingback: Ze źródeł #17 » Kuba Osiński()

  • My do dziś żałujemy, że nie udało nam się odwiedzić Blue Mountains… A tak w ogóle – to łezka się w oku kręci, wspomnienia wracają :) Świetna relacja!

  • ma

    Swietnie napisane,cudnie sfotografowane,ale najbardziej wszyscy sie cieszą,że wreszcie coraz więcej zdjęć z Wami!Buziaki…

  • Programowanie wpisów ma swoje złe strony, wrzucamy zdjęcie jeszcze raz :)

  • Pytanie: czy sikanie (nawet ze szczęścia) jest w pobliżu wombatów dozwolone? :)

    • żeby one się tak przejmowały czy aby nie sikają nam pod namiot … :)

  • Kurcze, z pracy wyjść nie mogę bo się zaczytałem. Wątek z koalą cudny! , a krajobrazy…mniam!

    • To postaramy się publikować w późniejszych porach, przyjemniej czytać w ogródku niż w biurze :)

    • Ojojoj,niektórym to dobrze,że mogą czytać w pracy…:)



Czytaj więcej
Great Ocean Road - Victoria na czterech kółkach Z Melbourne wyjechaliśmy z trudem. Miasto takie przyjemne, że chciało się w nieskończoność sunąć jego uliczkami, przemierzać z zachodu na wschód, zagubionym w labiryncie ulic. I to wszystko prawda, ale zagubiony w labiryncie ulic najtrafniej...