Sydney za trzy dolce

23 kwietnia 2015  By nakreceni.in 
4


Tani hostel w Sydney musi mieć wady

Hostel w Sydney z początku zapowiadał się na lepszy cyrk. Recepcja pijana, w kuchni ślady wczorajszej imprezy, a we wspólnej sali z telewizorem i dvd dogorywali ci, którzy nie zdołali zebrać sił, by dowlec się do łóżka. A wskazówki zegara już dawno minęły godzinę trzynastą. Wejście tego nie zwiastowało, ale ostatecznie właśnie tam wreszcie spotkaliśmy ludzi, z którymi dało się pogadać. O trzynastej cała recepcja składająca się z trzech dziewcząt ledwo trzymała się krzeseł i przy rozkręconej muzyce bawiła lepiej niż gimnazjalna wycieczka szkolna. Kiedy Ania odchodziła z kluczem od kontuaru, jedna z wesołej gromadki wypaliła trochę zbyt głośno do koleżanek. O nie! Taka młoda i już ma męża, a ja nawet nie mam chłopaka! A dziewczyna miała może z dziewiętnaście lat, trudno powiedzieć na ile my im wyglądamy. Towarzystwo w pokoju trafiło nam się za to bardziej zainteresowane wymianą doświadczeń i planów podróżniczych niż imprezowymi osiągami, co nie znaczy, że nie dostaliśmy od Brazylijczyka kartonu wina w prezencie. Leczył po nim już drugi dzień kaca, choć to spory wyczyn, bo zostawił go tyle, że nam starczyło na dwa wieczory, po których znacznie łatwiej usypiało się w głośnym hostelu. Większość młodzieżowych i budżetowych zarazem lokali umiejscowiła się w zakazanej dzielnicy pełnej sex shopów i barów z przydymioną żarówką, których klientelę stanowiły dziwki, szmondaki bardzo chcący wyglądać na cwaniaków i międzynarodowa młodzież zbyt pijana lub skacowana by zrozumieć, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca. I to właśnie byłby nasz widok z okien, gdyby zakratowane potłuczone szyby zasługiwały na miano okien. Mieszkać pewnie byśmy tam nie chcieli, ale na krótki pobyt nadawało się, choćby po to, by poznać inne niż dotychczas oblicze Australii.

Sydney jest taką stolicą półkuli południowo-wschodniej, choć nie jest nawet stolicą Australii. Administracja wyniosła się do Canberry, a Sydney nie wygląda by czegokolwiek temu miastu w związku z innym usytuowaniem najważniejszych urzędów brakowało. Jeśli Sydney jest wizytówką tej części świata (a co innego by miało nią być- co jest stolicą Nowej Zelandii nie wie nikt kto nie jest stamtąd, Jakarta to metropolia z tych odrzucających, zaś Singapur załapał się jeszcze na północ), to trudno wyobrazić sobie lepszą zachętę do odbycia tak dalekiej podróży, by ją zwiedzić. Położenie miasta jest absolutnie unikatowe, zatoka Port Jackson, która tworzy największy naturalny port na świecie (widzieliśmy już najgłębszy w Hong Kongu, to przyszedł i czas na największy) dała naturalne podłoże do rozwoju miasta i Australijczycy nie zmarnowali tego potencjału. Dziś panorama Sydney to światowa czołówka krajobrazów miejskich. A wcale nie to nadaje mu niepowtarzalnego uroku lecz kilkadziesiąt plaż leżących w obrębie miasta, przyklejonych do skał, połączonych z parkami, z otaczającym je terenem pełnym przestrzeni, bez blokowisk, ani nawet apartamentowców odbierających przestrzeń.

Jak zwiedzać Sydney za mniej niż 3$?

Nasz pobyt w Sydney zahaczał o niedzielę, co miało dwa duże plusy. Po pierwsze przejazdy tego dnia opłacane kartą transportu miejskiego (bardzo wygodne narzędzie różniące się znacznie od warszawskiej karty miejskiej, bo obliczające koszt przejazdu na podstawie danej trasy, pory dnia i środka transportu- Londyn ma kartę Ostrygę, Hong Kong ma Ośmiornicę, Melbourne ma MyKi, a Sydney Opal będącą w przeciwieństwie do wymienionej trójki kartą całkowicie bezpłatną) blokowały się na sumie 2,5$, podczas gdy w każdy inny dzień maksymalny koszt przejazdów dobijał do 15$, a nie potrzeba wcale spędzić całego dnia na przesiadkach by tych 15$ wyjeździć. Po drugie, całe miasto wyszło z domów; na spacer, do parku, na plażę. Na niebie żadnej chmurki, słońce smażyło przyjemnie, bo jesiennie, a nie w ten nie do zniesienia sposób, o jakim słyszy się przy okazji lata w Australii, każdy chciał coś z tego dla siebie mieć. Wybraliśmy się więc na wybrzeże odbyć spacer wzdłuż zatoczek, który polecili nam inni hostelowicze, którzy za to podpatrzyli go na trip advisor. TA wręcz huczy na jego temat, a użytkownicy prześcigają się w ochach i achach. Od razu zdradziliśmy się, że dopiero co wyszliśmy z buszu, bo jeszcze nie przestawiliśmy się na tryb wspomagania naszych turystycznych zamiarów wobec Sydney technologią. Recenzje nie przesadzały, o ile spodziewaliśmy się popisów surferskich, o tyle zaskoczenie stanowiły zatoczki jakich nie powstydziłaby się Majorka. Wszystkie stanowiska do BBQ przeżywały oblężenie, bo mieszkańcy masowo korzystali z możliwości przygotowania piknikowego obiadu w parkach i na plażach. Siatkówka, tenis, bule, frisbee, w zasadzie każda dyscyplina pasująca do świeżego powietrza była obstawiona, wzdłuż wybrzeża nie brakuje sportowej infrastruktury, jest nawet pełnowymiarowy basen z wodą przelewającą się przez niewysoki murek z oceanu. Wszystkich przebiła para ćwicząca w parku akrobatyczne popisy, za którymi mniej lub bardziej jawnie oglądała się cała okolica. Nic dziwnego, to co robili mogłoby dać zwycięstwo w talent show. Nasz głos by mieli!

Sydney-6998 (Kopiowanie) Sydney-6984 (Kopiowanie) Sydney-7101 (Kopiowanie) Sydney-6939 (Kopiowanie) Sydney-7060 (Kopiowanie)Sydney-7069 (Kopiowanie) Sydney-7056 (Kopiowanie)Sydney-7106 (Kopiowanie) Sydney-6987 (Kopiowanie) Sydney-6962 (Kopiowanie) Sydney-6931 (Kopiowanie) Sydney-7031 (Kopiowanie) Sydney-6949 (Kopiowanie) Sydney-6997 (Kopiowanie) Sydney-6976 (Kopiowanie) Sydney-7077 (Kopiowanie) Sydney-7083 (Kopiowanie) Sydney-7090 (Kopiowanie) Sydney-6944 (Kopiowanie)Sydney-7009 (Kopiowanie) Sydney-7024 (Kopiowanie) Sydney-7019 (Kopiowanie) Sydney-7015 (Kopiowanie)

Nasza wycieczka za trzy dolce miałaby swój nieciekawy finał, gdybyśmy nie upewnili się u porządkowego przy bramkach kolejki podziemnej czy dostaliśmy dobry bilet w kiosku. Rzecz w tym, że sprzedawała go Chinka. Z tego co widzieliśmy, zarówno w Melbourne jak i w Sydney większość osób pracujących w usługach to obcokrajowcy. Świetnie, gdy są to Europejczycy (Litwinka, Słowak, akurat nie spotkaliśmy nigdzie Polaków), ale w przypadku Azjatów już zarówno trudniej się dogadać, jak i uzyskać wiarygodną informację. Z pewnością, pracownicy McDonald’s w Sydney mówią gorzej po angielsku niż pracownicy McDonald’s w Warszawie. W Australii nie ma przebacz i nie przestrzegając przepisów można się naciąć, kontroler biletów zapewne nie nabrałby się na nasze wyjaśnienia odnośnie kupna złego biletu, że to pani Chinka winna, nie my. Szczegóły transakcji są dość nieistotne (bo to faktycznie szczegóły), ale ujęła nas reakcja porządkowego. Bardzo sympatycznie wyjaśnił dlaczego bilet nie jest właściwy i dlaczego musimy mieć kartę Opal, by skorzystać z niedzielnej promocji. Ucieszył się, że go zapytaliśmy, bo on wie takie rzeczy, a kontroler mógłby nie okazać łaski. Wreszcie popukał w swoją plakietkę i powiedział: Ja jestem Eric, ja tu pracuję, jestem oficjalnym przedstawicielem kolei w tym właśnie miejscu, więc jeśli będziecie mieli problem z wymianą biletu na właściwy to powiedzcie to sprzedawcy, że ja Eric powiedziałem, że ma go wymienić. Od tego czasu każdego straszymy Erikiem. Bilet został wymieniony i bez stresu mogliśmy korzystać z dwu i pół dolarowej niedzieli. Poukładane kraje też mają swój folklor!

Centrum Sydney to oczywiście znany z filmów, seriali i obchodów Nowego Roku budynek Opera House. Nas jakoś nie oczarował, ale całość kompozycji centralnej części miasta, na którą poza operą składa się pełne knajp nabrzeże, trochę wieżowców i może nie piękny, ale dostojny i masywny most (to z niego odpalane są fajerwerki w sylwestra), do tego podobnie jak most łączące dwa brzegi wcinającej się w ląd zatoki promy, to wszystko tworzy bardzo atrakcyjną wizualnie panoramę. I jest pełne życia! W niedzielę knajpy i bary przeżywały oblężenie, a eleganckie restauracje mieszczące się w stylizowanych na portowe magazyny budynkach były zarezerwowane do ostatniego miejsca. Jeśli mielibyście ochotę na bardziej wyrafinowany urlop, a niezbyt lubicie klimaty dzielnicy czerwonych latarni to wybierzcie położony niemal pod łukowatym mostem Hyatt. Ledwie piętrowy, z eleganckimi apartamentami, wciąż świetnie położony, a nie muszący rywalizować o miejsce z innymi wysokościowcami jak hotele w okolicach centralnej stacji kolejki. Jak ktoś się tam wybierze, niech koniecznie da nam znać jak było, bo mamy przeczucie, że to byłby dobry wybór. Może kiedyś!

Sydney-7126 (Kopiowanie) Sydney-7121 (Kopiowanie) Sydney-7130 (Kopiowanie)Sydney-7161 (Kopiowanie)Sydney-7156 (Kopiowanie)Sydney-7164 (Kopiowanie) Sydney-7123 (Kopiowanie)




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Król MassMerchu

    Adres Hostelu! :) Czuje ze mnie tam brakuje ;)

    • CZY TO JUŻ TEN MOMENT?! :)
      34-36 Darlinghurst Road – obstawiam, że jak się pośpieszysz to dziewczęta będą nadal wstawione!
      pozdr:)

  • oczywiście na Kings Cross, niemal na przeciwko stacji! to znaczy, że opis jest udany, skoro udało Ci się zidentyfikować miejsce :)) no a do Australii jeszcze planujemy wrócić, kieeeedyś :)

  • Z opisu wygląda jakbyście nocowali w hostelu w Kings Cross :) Może w tym kontekście nie brzmi to dobrze, ale codziennie rano pomykałam tam do pracy :) Do knajpki, żeby nie było nieporozumień :) A gdybyście zahaczyli jeszcze o Sydney w drodze powrotnej to my wspominamy miło trekking wzdłuż wybrzeża w Royal National Park, w ciągu tygodnia nie ma tam żywej duszy, a widoki przepiękne!



Czytaj więcej
New South Wales- kraina nie z tej planety? Gdyby szukać odpowiedniej lokalizacji na organizację The Hunger Games to byłoby to idealne miejsce. Dzikie, trudno dostępne i z wieloma miejscami dla widzów krwawego widowiska. Dawno żaden trekking nie dostarczył nam takiej przyjemności jak kilkugodzinny...