Zasmakuj w Ubud

14 lipca 2014  By nakreceni.in 
0


Pełni obaw, że znów nas niemiłosiernie wytrzęsie ruszyliśmy rano w drogę powrotną na Bali. Tym razem łódka była jednak większa, a do tego można było wpakować się na jej dach, z czego skorzystaliśmy. Przewodnik ostrzegał, że to śmierć na miejscu, ale jak to zazwyczaj w Lonely i tym razem przesadzili. Załoga również ostrzegła nas, że może nas trochę ochlapać. Baliśmy się o aparat, ale stwierdziliśmy, że najwyżej przesiądziemy się w trakcie. Trasa w tę stronę była dużo przyjemniejsza i rzeczywiście robiło się mokro, ale przynajmniej bujanie było do wytrzymania. Dotarliśmy na miejsce absolutnie cali w soli, a do tego Ania spiekła sobie bardzo dekolt i szyję. Zgodnie z zapewnieniami czekał na nas busik, który zabrał nas bezpośrednio do miejsca naszego zarezerwowanego w trakcie podróży noclegu w Ubud. Miasteczko już z okien samochodu nas zachwyciło. Miało klimat, miało duszę, miało wszystko, czego brakowało nam w Kucie. Chcieliśmy wejść do każdej knajpki i oglądać wszystkie przedmioty w sklepowych galeriach. Po przyjeździe ruszyliśmy na spacer i kierowani tylko intuicją skręciliśmy w jedną z bocznych uliczek, która prowadziła do malowniczej trasy wśród pól ryżowych, jak się później okazało bardzo polecanej w przewodnikach. Następny dzień spędziliśmy na szwendaniu się i chłonięciu miasteczka. Jedynym „punktem obowiązkowym”, z którego skorzystaliśmy była wizyta w Monkey Forest. Zwierzaki są cudowne i zgodnie z ostrzeżeniami bardzo zaczepne. Anię w pewnym momencie obskoczyły aż trzy próbując wyciągnąć wystającą z plecaka wodę, ale były przy tym urocze i łagodne. Różnie z tym jednak bywa, bo widzieliśmy też jak małpka jedną turystkę dość mocno ciągnęła za włosy. Po południu, tym razem obydwoje, zafundowaliśmy sobie masaż, który jest tutaj tak tani, że aż grzech nie skorzystać. No to wybraliśmy opcję z dodatkiem, w postaci gorących kamieni, które były zdecydowanie za gorące zarówno dla nas, jak i dla masażystek, niepotrafiących ukryć bólu poparzonych rąk. Prosimy o wybaczenie, następnym razem nie będziemy udziwniać, wystarczyło zresztą samo ugniatanie, abyśmy poczuli jak wiele nam brakuje do pozbycia się zakwasów z nóg po wspinaczce na Rinjani.

Atrakcją numer jeden w Ubud, według not na Trip Advisor, jest szkoła gotowania. Wykupiliśmy lekcję w tej właściwej i kolejny dzień rozpoczęliśmy zbiórką pod Ubud Palace i wycieczką na targ. Rafał szukał czegoś takiego od kilku dni: tętniącego życiem targowiska ze świeżymi owocami, na którym można wszystkiego spróbować, wszystko kupić i poczuć jak naprawdę żyją miejscowi. Na balijskim Placu Szembeka poza możliwością degustacji, opowiedziano nam o lokalnych produktach, ich walorach, sposobie hodowli. Potem krótki wykład o tym jak się sadzi i zbiera ryż i szkoła otworzyła przed nami swoje nie takie skromne progi. Wszystko zorganizowane perfekcyjnie, tak żebyśmy nie musieli się za dużo napracować, a jednocześnie by przekazać jak najwięcej wiedzy odnośnie specyfiki balijskiej kuchni, no i zaprezentować jak najwięcej dań. Całość zakończyła regularna wyżerka wszystkiego, co podobno przygotowaliśmy. Wspaniała zabawa i doskonały biznes w jednym. Nie dziwimy się świetnym recenzjom w internecie, dziwimy się natomiast, że za tę samą atrakcję turyści płacą w Kucie 3-4 razy więcej niż w Ubud. Cóż, Balijczycy oskubią Cię dokładnie do tego stopnia, do którego im pozwolisz. Pasuje nam ten układ, w którym ktoś, kto może sobie na to pozwolić płaci więcej, by oszczędniejszy turysta z Polski mógł zapłacić mniej.

Od samego przyjazdu do Ubud zastanawialiśmy się, co robić dalej, w trakcie kolejnych dni zamykających wyjazd. Mogliśmy zostać tam i organizować sobie jednodniowe wypady. Mimo, że mieścina nas totalnie urzekła to nie byliśmy przekonani czy będziemy się dobrze czuli przez tyle czasu w jednym miejscu. Ale jeśli się mamy przemieścić to gdzie i dokąd? Chcieliśmy zobaczyć trochę tu, trochę tam, a komunikacja na Bali jeśli jest wygodna, to nie jest tania, a opcje ekonomiczne zabierają dużo czasu. I tak spacerując Rafał rzucił, że szkoda, że nie mamy dwóch małych plecaków to byśmy ruszyli na skuterach. Ania podchwyciła temat i dodała, że może spakowalibyśmy się w mniejszy plecak, duży zostawili u naszych gospodarzy, wypożyczyli od nich skuter i ruszyli przed siebie. Dokładnie tak zrobiliśmy. Królowie życia w dwóch kaskach i zapełnionym za 5 zł bakiem. Ubud na pewno pierwsze za nami zatęskni, bo my zamierzamy się świetnie bawić odkrywając resztę wyspy.




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Z problemami ale do raju Gdy kupowaliśmy wycieczkę na wulkan, przedstawiciel firmy organizującej trekking wspomniał, że ktoś od nich będzie mógł nas zawieźć na Gili. Nie zgłębiliśmy tematu myślami będąc już przy czekającym nas wyzwaniu.