Z Camiguin do Legazpi lądem i wodą

13 marca 2015  By nakreceni.in 
1


Kompas, mapa i gwiazdy, nie tak dawno, w nie tak odległej galaktyce, to właśnie one były przyjaciółmi podróżnika, dzisiaj skutecznie zamienionymi na smartfony z GPSem. Technologia pomaga i izoluje. Nawet z innymi podróżnikami czy lokalną ludnością nie trzeba rozmawiać, bo w końcu po co kupuje się miejscową kartę SIM, jak nie dla stałego dostępu do tripadvisora i map google! Nasza ogólna teoria wszystkiego zakłada, że google odpowie na każdą wątpliwość w podróży.

Na naszej trasie spotkaliśmy sporo ex-backpackerów, którzy lat temu trzydzieści zaliczali podobne przygody i to oni zmusili nas do zastanowienia jak cała technologia wpłynęła na jakość podróżowania. Czy było ono ciekawsze, pełniejsze? Sęk w tym, że nie jest to łatwe do sprawdzenia, bo i ciężko odciąć się od dobra, jakim jest gotowa informacja w internecie. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać bo przejazd na trasie z Camiguin do Manili drogą lądową i morską, z przystankiem po drodze w Legazpi, okazał się białą plamą w internecie. Tu nawet lokalsi zawiedli, bo ich wiedza prowadziła nie dalej niż do trzech następnych wiosek. Ze strzępów uzyskanych informacji wynikało, że nasz pomysł jest możliwy do realizacji, kolejne wyspy łączą promy (dotarliśmy do ich orientacyjnych rozkładów), a lokalnym transportem da się przedostać na ich przeciwległe krańce. Z Camiguin, przez Mindanao, Leyte, Samar na południe Luzon powinniśmy dotrzeć w 2-3 dni.

Zaprosiliśmy do siebie przygodę i z taką werwą opuszczaliśmy Camiguin, że najpierw skręcając skuterem do portu błyskiem refleksu uniknęliśmy wypadku z mijającym nas motorem (na oczach struchlałego właściciela wypożyczonego nam pojazdu), a potem wsiedliśmy nie na swój prom, ciesząc się, że choć raz wypływamy o czasie, a wręcz przed czasem. Połączenie z Mindanao oferuje dwóch przewoźników, o czym uświadomił nas dopiero konduktor na statku. Z początku przyjęliśmy postawę bojowo-roszczeniową, że tak nas skierowano i jak przewoźnik zamierza rozwiązać ten dyskomfort psychiczny jakiemu zostaliśmy poddani (wyobrażacie sobie? – jakiej człowiek uczy się bezczelności w podróży!), ale gdy okazało się, że nie ma problemu i jedynie musimy oddać fizycznie nasz bilet (nie będzie pamiątki), by dwie firmy mogły rozliczyć się między sobą, to spłynęła na nas pokora i przyznaliśmy, że takie głupie z nas turysty i jesteśmy wdzięczni za wyrozumiałość. Naprawdę byliśmy!

Następnych osiem godzin zajęło nam przejechanie dwustu kilometrów do Surigao, portu na północy Mindanao. Winne były ponownie przepełnione autobusy stające co chwila by dobrać lub wypuścić pasażerów. Przy przesiadce zostaliśmy spytani czy zapłacimy za bagaż umieszczony w luku. Dopytaliśmy o kwotę (niemała względem ceny biletu) i automatycznie odparliśmy, że nie, bo też nigdy tego od nas nie wymagano na Filipinach. Zdziwiony naszą reakcją chłopak z obsługi (który zupełnie nie wyglądał na cwaniaka) nie drążył tematu. W Surigao bagażowy kolejnego autobusu podając nam plecaki tym razem wręcz zażądał zapłaty, a my bardzo spiesząc dosadnie wyjaśniliśmy, że nie z nami te numery. Faceta naprawdę zamurowało i próbował z nami dyskutować, ale my już mieliśmy dogadanego kierowcę zabierającego nas w trybie pilnym do portu, więc nic mu z tych negocjacji nie wyszło. I teraz to my już nie wiemy, czy to konsekwentne próby naciągnięcia nas czy na niektórych odcinkach filipińskich tras pobiera się opłatę bagażową.

Ostatni prom z Surigao miał odpływać za 15 minut. Stacja autobusów mieści się na obrzeżach miasteczka, a przeprawa promowa startuje jeszcze kilka kilometrów dalej. Dokonaliśmy szybkich kalkulacji i wyszło nam, że nawet karetka na sygnale nam nie pomoże. Wysiedliśmy z autobusu i oczywiście opadł nas tłum riksiarzy. Jak zawsze ignorujemy ich na początku, by nie ujawniać desperacji, a nawet zbytniego zainteresowania, co ułatwia negocjacje i pozwala odparować irytację bycia napastowanym. Zgłasza się ochotnik, który zabierze nas do portu, wie że zaraz odpływa prom i przekonuje, że zdążymy. Rafał dogaduje kwotę i niby żartem rzuca, że zapłaci jedynie jak wyrobimy się na statek. Tam gdzie nawet karetka na sygnale by poległa, ratunkiem może być skuter. Trudno w to uwierzyć, ale pakujemy się we trójkę z dwoma dużymi i jednym małym plecakiem, trochę siedząc, trochę wisząc rozpoczynamy szaleńczą gonitwę z czasem. Jeszcze w mieście cisnąc pod prąd mijamy się z niewzruszoną policją, wyprzedzamy jeepneye, riksze, taksówki, w tyle zostawiamy nawet śmierć zaczajoną na nas z kosą przy drodze. Wypadamy na krętą trasę i składamy się w zakrętach jak Valentino Rossi na torze zastanawiając się czy podróżowanie po Filipinach uczyniło nas nieśmiertelnymi. Wpadamy do portu trzy minuty przed planowanym wypłynięciem. Dostajemy bilet w kasie, pani zamyka okienko, ktoś otwiera nam szlaban i mówi, że jesteśmy dziś ostatnimi pasażerami, jakbyśmy brali udział w precyzyjnie wyreżyserowanym przedstawieniu. Podnosi się trap i zostawiamy Mindanao za sobą.

Dostanie się na prom tak nas zaskoczyło, że nie zastanowiliśmy się co dalej. Płyniemy do jakiejś wioski, mapa nawet o niej nie wspomina. Dotrzemy tam późnym wieczorem, więc dalej już się pewnie nie przedostaniemy, nie mamy na to nawet najmniejszej ochoty, czas odpocząć. Na brzegu nikt nam nic nie oferuje, ktoś niby pyta co robimy dalej, ale raczej z ciekawości, niż by zaoferować podwózkę lub nocleg. Znajdujemy bar, pytamy o spanie i za chwilę meldujemy się w zapuszczonym pawilonie, z którego specjalnie dla nas zdjęto kłódki i łańcuchy. Niewielu przyjeżdża tu na wczasy. Do portu zajeżdża też autobus. Nas ta opcja nie urządza, bo do Tacloban- kolejnego dużego miasta- dojedzie on w środku nocy, ale dopytujemy o poranny transport. Ma być o 4 rano. A może o 3 rano. Dla nas to zasadnicza różnica, więc upewniamy się w wiosce i stosunkiem głosów 5:2 ustalamy, że będzie to punkt 4 rano. Zrywamy się w nocy, wychodzimy za piętnaście czwarta i trafiamy na drogę wprost na spotkanie z autobusem. W odruchu desperacji blokujemy mu przejazd i wskakujemy na pokład. Autobus jest zgrany z nocnym promem, nie trzyma się dokładnego rozkładu więc znów mieliśmy dużo szczęścia! Zarywanie nocy ma znacznie więcej sensu, gdy zdąża się na autobus, niż gdy mija się z nim o włos.

Nad ranem jesteśmy w Tacloban, a stąd kursują już bezpośrednie autobusy pod Legazpi, z przeprawą promową w cenie. Wybieramy przewoźnika z najładniejszymi kasjerkami i rozglądamy się za przechowalnią bagażu. Uznaliśmy że pojedziemy na wieczór. Skoro przejazd ma trwać około 12 godzin, to akurat o świcie dotrzemy na miejsce. Na dworcu obskurnym bardziej niż Warszawa Wschodni przed remontem nie ma przechowalni, ale obok znajduje się hotel i tam próbujemy szczęścia. Młody personel zgadza się przypilnować plecaków, nie chcąc w zamian żadnych pieniędzy. Wsiadamy w jeepneya i mamy osiem godzin dla siebie. Śniadanie, spacer, internet, czas płynie szybko. Jeszcze szybciej mknie po drogach nasz autobus do Legazpi. Nic nie robi sobie z beznadziejnej widoczności w wioskach, które mimo zmroku żyją i to żyją tuż przy drodze. Dzieci przeskakują z jednej strony na drugą ruchliwej trasy. Głośny klakson ostrzega o nadciągającym taranie, kierowca nie rezygnuje z ryzykownych manewrów wyprzedzania, choć na wąskiej ścieżce oprócz pojazdów próbują mieścić się także przechodnie niosący ryż i kurczaki. Nie dziwi nas już, że nie ma tu pijanych ludzi, nie przetrwaliby nawet jednego nocnego powrotu do domu. W szoferce leci Rambo, leje się pierwsza krew, a kierowca pomimo trudnych manewrów nie rezygnuje z oglądania. Po raz pierwszy na Filipinach drżymy w podróży nie o siebie, a o tych ludzi z pobocza, którego przecież tu nie ma. Żeby tylko nie polało się więcej krwi niż w odtwarzaczu nad naszymi głowami. Docieramy na prom, fale bujają niemiłosiernie, mamy nadzieję, że nasz autobus ma się lepiej niż zawartość baru, który rozsypuje się i rozlewa po całym pokładzie. Chyba dla żartu na pokładzie widnieje karteczka Wi-Fi available, ale łapiemy się każdej deski ratunku, by oderwać myśli od tego bujania. Internet działa, wręcz hula! Koniec świata, nie utoniemy bez statusu na fejsie, bardzo poprawia nam to nastrój i fale nie robią na nas już większego wrażenia.

Na przedmieścia Legazpi docieramy znacznie wcześniej niż przewidywał rozkład. Szalona jazda w tym wypadku zadziałała na naszą niekorzyść, bo wyrzuceni przy drodze w środku nocy czujemy się trochę nie na miejscu. Szukanie noclegu mija się z celem, zmęczenie nie zachęca do niczego innego niż znalezienia kawałka chodnika, na którym przeczekamy do świtu. Najpierw Ania pośpi, a Rafał będzie czuwał, a potem Rafał będzie czuwał, a Ania pośpi. I wtedy z pomocą przybywa jeepney.

– Jedziemy do Donsol, wskakujecie?
– Hmmm, jasne! – Chcieliśmy tam i tak trafić, więc odbieramy tę propozycję jak znak, za którym warto podążyć. Do wioski docieramy kiedy już świta, wiemy że turystyczna część z resortami ułożonymi wzdłuż plaży znajduje się jakieś dwa kilometry od centrum, ale nie mamy już siły na dalsze przemieszczanie się. Meldujemy się w pierwszym home stay oferującym pokoje i zgadzającym się na wczesny check in. Padamy na łóżko i zanim jeszcze prześpimy się kilka godzin, by w południe rozpocząć nowy dzień myślimy o tym jak brak wcześniejszych informacji zmienia charakter podróży. I dochodzimy do wniosku, że nie zmienia wcale. Nawet pełny research nie chronił nas nigdy od walki z czasem i nieprzewidzianych zdarzeń. I tak wspomagamy się zawsze radami miejscowych, bo wczorajsze dane dziś już są nieaktualne. Nawet doskonały plan wiecznie ulega modyfikacjom, bo dobra propozycja od przejeżdżającego kierowcy jeepneya może być więcej warta niż starannie przygotowane notatki. A sen po zakończonych sukcesem trudach podróży wcześniej rozpisanej jak i przeprowadzonej spontanicznie jest równie mocny!

Tacloban-3138 [720b] Tacloban-3135 [720b] Tacloban-3131 [720b] Tacloban-3159 [720b]Tacloban-3105 [720b]




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Anonim

    Super relacja, ubawiłem się po pachy!,szkoda że juz po konkursie na tekst roku, moglibyście smiało startować!



Czytaj więcej
Na Camiguin ponurkujesz na cmentarzu Groby porosła bujna rafa koralowa, a rafę polubiły gigantyczne małże. I tak pojawiły się już dwa dobre powody, by popływać z maską i rurką na terenie zatopionego cmentarza. Nurkowanie na grobach? Tego nie robi się nawet na 1 listopada!