Rekiny w Donsol i wulkan Mayon na deser

15 marca 2015  By nakreceni.in 
2


Przystanek w Donsol miał być krótki i niósł za sobą konkretny cel- chcieliśmy spróbować zobaczyć rekiny wielorybie. Od stycznia do marca szanse na to są duże, choć w przeciwieństwie do Oslob nikt nie da wam tu gwarancji sukcesu. Zwierzaków się ponoć nie dokarmia a lokalni dbają o to by miejsce nie zyskało równie złej sławy co punkt na Cebu. Najpierw jednak przede wszystkim chcieliśmy odpocząć po długiej podróży. Pokój z bambusa na piętrze prymitywnej chaty w zupełności nam odpowiadał, ale trafiliśmy na dziwną gospodynię, która poza wygodnym łóżkiem chciała nam dodatkowo sprzedać poczucie dokonania najlepszego wyboru pod słońcem. Zaczęła nas przekonywać, że tam gdzie mieści się informacja turystyczna i rejestracje na rejsy w poszukiwaniu rekinów, gdzie również znajduje się plaża i kilka resortów wzdłuż niej, jest znacznie drożej. Co więcej, ci co tam mieszkają przyjeżdżają do miasteczka na jedzenie, bo tam restauracje również w dużo wyższych cenach. I koniecznie powinniśmy zostać dłużej niż jedną noc, na jedną noc to w ogóle nie opłaca się tu przecież przyjeżdżać. Słuchaliśmy, powieki opadały, a łóżko wołało coraz bardziej zniecierpliwione. Życie zweryfikowało tezy dziwnej Filipinki z Donsol. Noclegi kosztowały na wybrzeżu dokładnie tyle samo co w miasteczku, po jedzenie nikt nie migrował, a my zostaliśmy jedną noc, co absolutnie wystarczyło by zrealizować nasze marzenie.

Pobudka o świcie nie przyszła nam lekko, odwlekaliśmy wstanie z łóżka i wyjście do punktu rejestracji na rejs ku rekinom. Na zewnątrz hulał wiatr i kropił deszcz. Naszły nas czarne myśli, że zapłacimy za tę łódkę, w taką pogodę rekiny jak każde rozsądne stworzenie schowa się gdzieś głęboko, a my wymarzniemy i pobujamy się na falach na marne. I wtedy spotkaliśmy naszą gospodynię. Zaczęła odwodzić nas od pomysłu wypływania, bo niedawno miała gości, którzy ryb nie widzieli, a ten cały biznes to jedno wielkie oszustwo. Ruszyliśmy na nabrzeże, aż się za nami kurzyło.

Tego dnia wypłynęło w morze tylko kilka łódek. W biurze turystycznym wisi tablica informująca o tym czy rekiny danego dnia pojawiły się w pobliskich wodach. Średnio raz na trzy dni pole z datą pozostawało puste. Ufając statystyce, wypadał nam dzień bez śladu dużej ryby. Nie zniechęciliśmy się, tym bardziej, że przejaśniło się, ustał wiatr, a na bankę razem z nami wsiadło między innymi dwóch chłopaków, którzy dzień wcześniej też wypłynęli na poszukiwania, ale rekinów nie widzieli (niektóre łodzie miały więcej szczęścia) i jeden który wprawdzie widział, ale nie udało mu się z nimi popływać. Łódka pechowców? Przeciwnie, teraz już musi im się udać, a przy okazji i my się załapiemy! Nasz zapał zgasł po półtorej godziny bezowocnego włóczenia się po oceanie. W drodze powrotnej nasz kapitan nagle zarządził mobilizację. – Spójrzcie tam! Widzicie ten cień? To rekin! – Nic nie widzimy, prawdę mówiąc, ocean wbrew nazwie nie jest najspokojniejszy, ale rozumiemy ten cyrk. Muszą być jakieś emocje skoro turyści mają przyjeżdżać i płacić, a dokarmiać nie wolno. Zadziała wyobraźnia, głowa dorysuje trochę obrazów i będziemy mogli powiedzieć, że widzieliśmy smoka rekina z oddali.

Donsol-3207 [720b] Tacloban-3190 [720b] Tacloban-3192 [720b]

– Szykujcie się do skoku! Na mój sygnał wskakujecie do wody, potem podążajcie za mną, jak będzie odpowiedni moment zanurkujemy. – Teatr nabiera rumieńców. Po chwili jesteśmy w wodzie, poprawiamy maski, i płyniemy za przewodnikiem. Nie mamy płetw, ale nie odstajemy od grupy. Ludzie wypożyczają płetwy, ale nie potrafią w nich pływać, więc zwartą sześcioosobową ekipą walczymy na wzburzonym morzu w absurdalnej misji. – Głowy pod wodę, teraz! – dostajemy polecenie. I jest, jest pod nami to wielkie cielsko rekina wielorybiego, trudno ocenić jego długość, ciągnie się i ciągnie. 8 metrów – oceni później nasz przewodnik. Łapiemy przez rurkę panicznie powietrze bo z wrażenia zapomnieliśmy by oddychać! Anię jako jedyną dziewczynę w grupie chwyta za rękę prowadzący naszą grupę Filipińczyk. On wie jak korzystać z płetw i jest piekielnie szybki pod wodą co pozwala Ani trzymać się oko w oko z nieprawdopodobnym stworzeniem. Po pewnym czasie rekin odrobinę się peszy i schodzi głębiej pod wodę, a nas łódka zgarnia na pokład. To jednak nie koniec atrakcji, tego poranka do oceanu wskakujemy jeszcze dwa razy by pływać z tym wspaniałym zwierzęciem. Za każdym razem wracając na bankę jesteśmy tak podekscytowani, że wznosimy radosne okrzyki niczym dziewczyna w noc poślubną „jaki piękny”, „jaki duży”; łzy niemal cisną nam się do oczu, a uszami wypływa szczęście. Czuliśmy się absolutnie wspaniale. Ciekawe czy rekin też miał frajdę, że go znów człowieki odwiedzili!

Donsol-3 [720b] Donsol-1 [720b] Donsol-2 [720b]

Pełnię szczęścia dopełnił widok na wulkan Mayon, najpierw z łodzi, a później z Legazpi, ze wzniesienia, na którym usadowił się wyjątkowo malowniczy kościół. Słyszeliśmy, że ludzie często siedzą po kilka dni w nieciekawym miasteczku tylko po to, by zobaczyć ten foremny i symetryczny jak z podręcznika dla dzieci wulkan. Mayon dwa lata temu swoim nagłym kichnięciem zabił kilku turystów zmierzających na szczyt i miejscowi zaprzestali prowadzenia tam wycieczek. Trzeba być bardzo upartym, by dziś dostać się na górę, za to sporo biur oferuje przechadzkę do base campu. To poniżej naszych ambicji i… przyjęliśmy tę decyzję oboje z ulgą. Pozachwycaliśmy się Mayonem i kościołem ze wzgórza, kupiliśmy ferelny lot z Manili rzekomo na Palawan i autobusem ruszyliśmy do filipińskiej stolicy niezmiernie ciesząc się, że chwilowo odpoczniemy od wielogodzinnych drogowych podróży. I tak jak to bywa, gdy zbyt wcześnie się świętuje, los spłatał nam niezłego figla. Kawał parszywego klauna z tego losu.

Tacloban-3201 [720b] Tacloban-3238 [720b]  Donsol-3258 [720b] Donsol-3252 [720b] Donsol-3245 [720b]Donsol-3297 [720b] Donsol-3305 [720b]  Donsol-3227 [720b]Donsol-3284 [720b]




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Marta

    Rafał? To porównanie do nocy poślubnej to z autopsji wzięte…? ;)
    Cudna historia!!!! :)



Czytaj więcej
Z Camiguin do Legazpi lądem i wodą Zaprosiliśmy do siebie przygodę i z taką werwą opuszczaliśmy Camiguin, że najpierw skręcając skuterem do portu błyskiem refleksu uniknęliśmy wypadku z mijającym nas motorem (na oczach struchlałego właściciela wypożyczonego nam pojazdu),...