Zachoruj w Hong Kongu

31 października 2014  By nakreceni.in 
2


Po pół roku bez żadnej infekcji Anię dopadło jakieś paskudztwo. Przetrwała minusowe temperatury w namiocie, brak prysznica gdy przemierzaliśmy Gobi, a nawet kiepskie warunki higieniczne w chińskich hostelach i uliczne jedzenie. Choroba zaatakowała pod koniec pobytu w super cywilizowanym Hong Kongu. W miejscu gdzie wszystko jest sterylnie czyste, co chwila dostępne są płyny do dezynfekcji rąk, a do tego mieszkając u lokalnej pary w świetnych warunkach. Prawdopodobnie wszystko przez uwielbienie Hongkończyków do klimatyzacji. Na zewnątrz ponad 30 stopni, a wchodzisz do jakiekolwiek pomieszczenia jak do chłodni. Ba! Nawet nie trzeba wchodzić- wystarczy przejść chodnikiem obok tych wszystkich miejsc by co chwila czuć powiew zamrażarki. Przegrzanie i częste szoki termiczne, przepis na sukces dla anginy!

Zaczęło się niewinnie, od utraty głosu, to nawet wygodne, bo Ania nie mogła protestować kiedy Rafał kupował sobie kolejną porcję lodów. Podejrzewaliśmy też reakcję alergiczną na mieszkające z nami koty, ale pogarszający się stan i rosnąca gorączka wykluczała z kręgu podejrzeń koty, choć i tak lepiej by miały się na baczności! Powoli czuliśmy, że to czas na jakąś interwencję. Mamy ze sobą antybiotyk, może trzeba go zacząć brać? Ale czy tak w ciemno? Cholera, czy nie po to mamy dobre ubezpieczenie podróżne, aby z niego korzystać? Dzwonimy. Są dwie opcje- albo oni umawiają wizytę do lekarza i wszystko odbywa się bezgotówkowo, tylko to trochę może potrwać, albo idzie się do dowolnego lekarza, pokrywa koszt wizyty, by następnie rachunek i raport medyczny przesłać do działu likwidacji szkód i otrzymać zwrot poniesionego wydatku. Następnego dnia mieliśmy lot do Kuala Lumpur, więc zdecydowaliśmy się na drugi wariant. Trzeba tylko pamiętać, żeby przed wizytą zarejestrować chorobę dzwoniąc na infolinię. Jak się spisze PZU rozliczając rachunek, poinformujemy przy okazji!

Znalezienie lekarza w Hong Kongu to sprawa dziecinnie prosta. Wystarczy przejść się dowolną ulicą, zwłaszcza w rejonie Kowloon i w prawie każdym wieżowcu przyjmuje jakiś specjalista. W pierwszym miejscu do jakiego dotarliśmy nie do końca mogliśmy się z recepcjonistkami w rejestracji dogadać. Powiało Chinami, dziewczyny słabo mówiły po angielsku i stwierdziły, że za raport do ubezpieczalni będziemy musieli dopłacić, czyli zwyczajnie nie zrozumiały naszych potrzeb. Nie chcieliśmy ryzykować i postanowiliśmy szukać dalej. Za kolejne sto metrów kolejna przychodnia, tyle że specjalistyczna. Za to obsługa jak marzenie, od razu łapią za telefon ustalać który doktor mógłby przyjąć Anię i wręczają wizytówkę miejsca, z którego… właśnie przyszliśmy. Dziękujemy i idziemy dalej. Kolejny wieżowiec kilkaset metrów dalej i według rozpiski na każdym piętrze jest jakiś lekarz. Portier dostrzega nasze zmieszanie i świetnym angielskim siląc się nawet na brytyjski akcent przekazuje nam, że jak lekarz ogólny to sugeruje 14 piętro.

I tam uśmiechnięte panie wysłuchały czego potrzebujemy, przytaknęły na wszystko i ustawiły wizytę na za pół godziny. Koszt to 300 HK$, czyli około 130 zł. I co najważniejsze, w cenę wizyty wliczone są już leki, o tym za chwilę. Ania nie zdążyła usiąść, a tu najpierw ważenie, potem termometr w buzię i wreszcie maseczka na twarz. Standardowa procedura dla każdego kto przychodzi z przeziębieniem. I tak siedzimy sobie wszyscy w poczekalni z maseczkami na twarzy.

IMG_1378

Chińczycy nie uważają jednak, że klimatyzacja szkodzi bo tu też działa na pełnych obrotach. Zamiast maseczek mogliby rozdawać kurtki-puchówki. O Anię panie dbają wyjątkowo, przyniosły nawet anglojęzyczne gazety, pilnują kiedy ma wejść. Wizyta też pełna profeska. Lekarz świetnie mówi po angielsku, robi dokładny wywiad i spisuje raport z wizyty. Jego skrzywienie po tym jak zajrzał do gardła nie wróży nic dobrego. Niestety, bakteryjne zapalenie gardła, konieczny antybiotyk. Proszę poczekać na zewnątrz.

Po 5 minutach Pani prosi do okienka i przekazuje cały zestaw leków: antybiotyk, leki osłonowe, paracetamol 500, syrop z łyżeczką i jeszcze jakieś tabletki. Wszystko w dokładnie wyliczonych porcjach na całe leczenie, imiennie podpisane i z instrukcją dawkowania, po angielsku.

Bardzo nam się taki system spodobał! I przy okazji zrozumieliśmy czemu organizm Ani wytrwał do Hong Kongu i dopiero tam na coś się poskarżył. W końcu jeśli być leczonym, to tylko w takim miejscu!




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • magda

    Hej, fajnie, ze niefajen doswiadczenie, jednak dobrze sie skonczylo :) jakie macie ubezpieczenie?
    Pozdrawiam,

    Magda

    • Korzystamy z ubezpieczenia Wojażer w PZU. Póki co, oceniając jedynie przez pryzmat kilku wizyt lekarskich, bez większych uwag z naszej strony :)



Czytaj więcej
Pod górkę z Pingyao do Xi'an Chodziliśmy od samochodu do samochodu pokazując adres (także po chińsku) i mapę z informacją jak dojechać do naszego hostelu zlokalizowanego na samej starówce (!), a oni po kolei odmawiali zabrania nas. Kto by wymagał od taksówkarza, żeby umiał...