Z Pingyao do Xi’an, czyli kolejnego punktu naszej podróży, można dostać się bezpośrednio, ale bilety na pociąg należy rezerwować z wyprzedzeniem, na które jak zwykle nie możemy sobie pozwolić podchodząc spontanicznie do planowania trasy. Jest też możliwość złapania autobusu, ale w naszym hostelu mimo deklarowanej gotowości pomocy na ich stronie, w rzeczywistości nie palili się do ułatwienia nam wydostania się z miasteczka. A potrzebowaliśmy pomocy bo ten autobus to jakiś projekt-widmo, niby może stawać w okolicach Pingyao, ale nie ma przystanku, ani tym bardziej kasy biletowej sprzedającej bilety. Wiadomo, Chiny. Wystarczył jednak spacer po mieście i trafiliśmy na właścielkę innego hostelu, a raczej sprawnie zarządzanego biznesu z noclegownią na czele. Świetnie mówiła po angielsku, od razu zgadła, że jesteśmy z Polski i oczywiście mogła pomóc z biletami. Zadzwoniła gdzieś i z naszego punktu widzenia dialog wyglądał tak:
– Słuchaj, mam tu kolejne dwie zagubione białe istoty, zapłacą ile powiemy, to co, zgarniecie ich? Hahahaha, Zhang [Rysiu] ale z ciebie jajcarz, pewnie, że nie wypiszę im biletu, cały lewy zarobek dla ciebie!
Mimo, że wszystko się ostatecznie udało to nie polecamy tej opcji. Czekały na nas wprawdzie dwa ostatnie miejsca na zasypanym łuskami słonecznika pokładzie, ale czas przyjazdu autokaru do ostatniej chwili pozostaje tajemnicą, również dla pośrednika całej akcji. Kierowca, który dostarczył nas na miejsce odbioru (zjazd z autostrady), do czego zobowiązała się bizneswoman z hostelu, zmuszony był czekać z nami prawie dwie godziny. W związku z tym do Xi’an dotarliśmy późnym wieczorem, a co gorsza, wbrew zapewnieniom, nie dowieźli nas na dworzec w centrum miasta, ale wysadzili na podobnym zadupiu jak odebrali.
Oczywiście, taksówkarze jak sępy czekali już na wysiadających pasażerów, ale my okazaliśmy się niezjadliwą padliną i nikt nas nawet nie chciał oskubać. Chodziliśmy od samochodu do samochodu pokazując adres (także po chińsku) i mapę z informacją jak dojechać do naszego hostelu zlokalizowanego na samej starówce (!), a oni po kolei odmawiali zabrania nas. Kto by wymagał od taksówkarza, żeby umiał czytać? Wyglądali na tak przestraszonych, że aż zaczęliśmy się zastanawiać czy przypadkiem nie chcemy dojechać na jakąś najbardziej niebezpieczną ulicę w mieście. W końcu znalazł się jeden śmiałek, który jak się okazało też nie za bardzo wiedział gdzie ma nas odstawić. Całą drogę gdzieś dzwonił i jak mantrę powtarzał nazwę ulicy „BEIMADAO, BEIMADAO, BEIMADAO…”. Nie za bardzo wiedzieliśmy co się dzieje, ale póki jechał we właściwą stronę (cały czas kontrowaliśmy wszystko na GPS w komórce) postanowiliśmy nie interweniować. Obłąkany taksówkarz, ta historia dobrze sprzeda się na blogu! Jego telefon oddzwonił i nastąpiło nagłe olśnienie „Aaaa BEIMAADAO, BEIMAADAO!”. I kolejny obłąkańczy festiwal powtarzania kilku sylab przez kilkanaście skrzyżowań. I zero prób cwaniakowania przy zapłacie. Uczciwy wariat, nowo odkryty przez nas gatunek Chińczyka.
Czasem falstarty są dobre, Xi’an sprawiło, że zechcieliśmy tu zamieszkać. W czasie tej podróży stało się naszym domem na 6 dni, a i tak opuszczaliśmy je z poczuciem niedosytu. Lada dzień opowiemy wam dlaczego!














