Zbliża się chiński Nowy Rok, o czym wiedzieliśmy już wcześniej, ale mimo wszystko postawiliśmy na spontaniczne szukanie miejsca do spania. Trudno o większy szczyt sezonu, zwłaszcza, że chińskie święto zbiega się z weekendem, a to oznacza też tłumy lokalnych turystów. Łazimy po miasteczku i wiemy, że jest źle. Wszystko pozajmowane, a jak coś się trafia wolnego to nie jest na naszą kieszeń, te ceny za pokoiki z bambusa to po prostu przesada. Drepczemy w upale, rozdzielamy się i szukamy. Wreszcie trafia nam się bardzo przyzwoite miejsce za doskonałą cenę. Jest haczyk, możemy zostać tylko na dwie z trzech zaplanowanych nocy. Bierzemy i postanawiamy martwić się później.
W miasteczku nie czuć tłumów. Za dnia wszyscy turyści znikają na island hopping lub na wycieczki po okolicznych plażach, na miejscu jest pusto. Pomimo popularności tego miejsca nie mamy żadnych skojarzeń z Boracay, ani z chińskich atrakcji turystycznych. Na Palawan władze postawiły na silną ingerencję w turystykę. Przede wszystkim ustaliły stałe wysokie opłaty za wycieczkę na wysepki. Na tyle wysokie, że na El Nido szala przyjezdnych zaczęła przechylać się na korzyść obcokrajowców, bo coraz rzadziej Filipińczyków na tę atrakcję stać. Pomni tego, próbowaliśmy walczyć o pasującą nam cenę. Nic z tego, wszyscy tour operatorzy zagryzają zęby jakby chcieli przychylić się do naszej stawki, ale przepisy zabraniają. Obchodzimy całe centrum i uznajemy, że do tematu island hoppingu jeszcze wrócimy, a na ten dzień po prostu bierzemy kajak i organizujemy sobie sami morską wycieczkę. Dużo walczymy z wiatrem i prądami, dzięki czemu odwiedzamy cudowne dziewicze lagunki i na każdej z nich jesteśmy absolutnie sami. Ponownie nurkujemy z żółwiami i pomimo trudów wiosłowania przeciwko naturze cieszymy się z wolności i wiatru we włosach. Mijają nas wypełnione turystami banki i pozdrawiają nas wesołym machaniem kiedy my walczymy o życie na wzburzonych przez nich falach wodach. Czujemy, że nawet gdybyśmy rozpaczliwie machali o pomoc, to uznaliby to za przyjazną odpowiedź na ich pozdrowienia. Dzięki tym wysiłkom poznajemy jednak to co najwspanialsze w rejonie El Nido i ta świadomość pomaga nam przetrwać późniejsze zakwasy.

To zdjęcie to dowód na to, że Ziemia jest okrągła

Nasza determinacja względem znalezienia opcji na obejście wysokich cen na wycieczki banką po wyspach skutkuje znalezieniem tańszej opcji. Okazało się, że trzeba szukać po agencjach położonych dalej od centrum. Musieli jedynie odpowiednio nas zweryfikować, że nie jesteśmy podstawieni. Mamy świadomość, że cena płacona za wycieczkę wciąż stanowi dla nich ogromny zarobek i bardziej niż podatków płaconych państwu boją się kary za łamanie przepisów. Sam rejs dostarczył doskonałych wrażeń. Wreszcie, ponurkowaliśmy w pełnych ryb zatoczkach (jedna z nich ugryzła Anię w nogę, niby słyszeliśmy, że to się tu zdarza, ale słyszeć a poczuć na sobie rybie zęby to dwie inne historie), zobaczyliśmy kilka ładnych plaż, a dzięki zmysłowi organizatorów, którzy trasę robili w odwrotnym kierunku, niż większość operatorów nie mogliśmy narzekać na zbyt dużą ilość innych turystów. Wciąż, absurdem jest liczenie na to, że przy czterech dostępnych trasach wycieczek i dziesiątkach łódek pełnych klientów, w sekretnej lagunie, czy na innej ukrytej plaży, jak nazywają te atrakcyjne punkty Filipińczycy, będziecie sami. Tak dobrze nie ma, jeśli chcecie tego posmakować, musicie wziąć kajak. Nam podróż po wysepkach bardzo smakowała, a zwłaszcza lunch składający się z ryb i owoców morza. Smaczne jedzenie na Filipinach? To nie mogło ujść naszej uwadze.
![El Nido-4093 [720b]](http://nakreceni.in/wp-content/uploads/2015/04/El-Nido-4093-720b.jpg)

Jeszcze przed island hoppingiem zmierzyliśmy się z poszukiwaniem ostatniego noclegu. W akcie desperacji dowiedzieliśmy się w informacji turystycznej, że możemy rozbić się namiotem kawałek za centrum przy plaży. Znaleźliśmy wreszcie jakieś backpackerskie (synonimy to: brudne, zaszczurzone i zarobaczone), więc zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Weekendowe przemarsze podchmielonych turystów zniechęciły nas do poczynienia trzydziestu złotych oszczędności. Ale co się nachodziliśmy to nasze, mimo warunków mieliśmy poczucie ogromnej ulgi, to mogło być ostatnie wolne miejsce do spania w całej okolicy!
I tak żegnalibyśmy Filipiny, gdyby nie dwa dni więcej w Manili, do których zmuszał nas odpływający tylko raz w tygodniu prom z Puerto Princesa. A z Manili może mielibyśmy dla was więcej historii, gdyby nie dopadło nas zatrucie, które zasłużenie przeleżeliśmy w jakimś przypadkowo znalezionym bardzo przyjemnym lokum. I być może na tym zakończyłaby się nasza relacja z Filipin gdyby nie ogrom emocji i wrażeń pozostawionych w nas przez ten kraj. Nie będziemy się zarzekać, ale zabierzemy was jeszcze w naszych wpisach na Filipiny, nawet jeśli sami nie planujemy wracać tam z wizytą.
![El Nido-3985 [720b]](http://nakreceni.in/wp-content/uploads/2015/04/El-Nido-3985-720b.jpg)














