Koh Libong – niezbyt huczny start Nowego Roku

19 stycznia 2015  By nakreceni.in 
0


>>Informacje praktyczne dotyczące opisywanej trasy znajdują się na końcu wpisu<<

Po błogim odpoczynku w Khanom zaprzęgliśmy lejce i wróciliśmy na ścieżkę podróżnych. Znowu mieliśmy potrzebę przemieszczania się, intensywniejszych wrażeń i zmagania z codzienną niewiadomą. Nakręcające uczucie. Nie gonił nas czas, ale mieliśmy na horyzoncie termin, którego musieliśmy dotrzymać. 6 stycznia z Kuala Lumpur odlatywał nasz samolot na Filipiny i nie planowaliśmy go przegapić. Przedostaliśmy się zatem lokalnymi busami na południowo-zachodnie wybrzeże, poniżej Krabi, w poszukiwaniu wyspy, na której moglibyśmy powitać rok dwatysiącepiętnasty.

Pogoda w Tajlandii nie przestawała płatać figli, monsun nie odpuszczał i przelotne opady zrzucały na cały rejon zasłonę szarości. Przy takiej aurze nawet wybrzeże morza andamańskiego prezentuje się smutno; wodzie brakuje błękitu, a wyspom intensywnej zieleni. Nie zważając na te drobne przeciwności uparliśmy się, by kierowca busa odstawił nas do portu, skąd odpływa łódka na Koh Libong. Pozostali pasażerowie wysiedli wcześniej, poodstawiani po wioskach w drodze do swoich domów. Będąc już po dwóch przesiadkach tego dnia i zakupach biletów zarówno u kierowcy jak i na dworcach utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w Tajlandii z dogadaniem się z miejscowymi nie jest wcale prościej niż w Chinach. Większość naszej komunikacji opierała się na nazwach miejscowości, do których chcieliśmy dotrzeć i na kiwaniu głowami, że dobrze czy niedobrze. Nawet podawanie kwot przeniosło się w całości na kalkulator. Kierowca wiozący lub nie wiozący nas we właściwe miejsce coś do nas pokrzykiwał, a my ponownie wymienialiśmy nazwę wioski skąd odpływały łódki. Po kolejnych pokrzykiwaniach przeszliśmy do rytmicznego kiwania głowami, ale wciąż chyba się nie rozumieliśmy. W końcu gość zatrzymał swój pojazd pod jakimś domem i wyszedł szukać anglojęzycznego wsparcia. Znalazł je, ponownie usłyszał tę samą nazwę portu i już bez gadania zawiózł nas na miejsce. Widocznie nie dawał wiary, że planujemy przeprawiać się na wyspę w deszcz albo sądził, że pomyliliśmy destynację.

Koh Libong nie jest bowiem tłumnie najeżdżana przez turystów i wybraliśmy się tam na przekór sylwestrowej tradycji, że powinno być hucznie i tanecznie. Na wyspie są dosłownie trzy niewielkie ośrodki z domkami położonymi na samej plaży i żadnej infrastruktury turystycznej poza nimi. Są też wzgórza porośnięte dziką zielenią i niewielkie wioski poukrywane w przeciwległych zakątkach wyspy. Gdy tylko przestało padać wszystko wypiękniało i ożyła przyroda. Dzięki wypożyczeniu skutera od pracownicy naszego ośrodka mogliśmy przejechać każdą ścieżką i dotrzeć na plaże, które choć bezludne, całe się ruszały. To malutkie kraby przenosiły swoje muszle z jednego miejsca na drugie, a te bez muszli chowały się w piasku. I tak cała plaża tańczyła przed nami krabowego kankana.

Tajlandia-1-22

Nasza sylwestrowa chata. Na okładce wpisu widok z werandy.

DCIM101GOPROTajlandia-1-16Tajlandia-1-18Tajlandia-1-14Tajlandia-1-17Tajlandia-1-15

Nasz domek też stanowił ważny punkt spacerowy dla wielu żyjątek. Po podłodze przecharzały się w długim rządku miniaturowe i niezwykle ruchliwe mrówki, po szczoteczkach do zębów przemaszerowały zdecydowanie nie miniaturowe karaluszki (więc pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy w Nowym Roku było wyrzucenie starych i zakup nowych szczoteczek), a o szybę z hukiem rozbijały się potężne chrząszcze. Liczne czarne kropki na rogach materaca świadczyły, że lokal odwiedzały także pluskwy, więc na wszelki wypadek spaliśmy pod moskitierą i przy zapalonym świetle, co podobno odstrasza te krwiopijce. Nie wiemy co pomogło, ale nic nas nie pogryzło.

Tak jak wspomnieliśmy, jeśli chcecie hucznie celebrować rozpoczęcie Nowego Roku, Koh Libong nie jest właściwym do tego miejscem. Do nas nie dotarł żaden wystrzał, do północy w barze nie dotrwał nikt poza nami i parą Francuzów, a jedyną podpitą osobą była właścicielka, która w wyniku dobrego nastroju hojnie rozlewała gratisowe okolicznościowe bardzo mocno owocowe wino i serwowała przekąski. Pozostali miejscowi zupełnie nie sprawiali zainteresowanych witaniem nowego lub żegnaniem starego roku, jeśli to robili to po cichu i we własnym gronie.

Tajlandia-1-12

Ania wykonuje jaskółkę aby udowodnić, że nie jest pijana w Nowy Rok

Będąc odrobinę przesądni na tym punkcie w Nowy Rok weszliśmy żwawo. Jechaliśmy stopem, płynęliśmy łódką, a na koniec autobusem dotarliśmy do Trang, gdzie zainstalowaliśmy się w pierwszym napotkanym baraku po to by ustalić dalszą trasę, kupić bilety i odwiedzić noworoczny wieczorny targ. Próbowaliśmy bardzo różnych rzeczy, ale ani posypane słonym cukrem truskawki, ani słodki pad thai, ani polane krabowym sosem ciasteczka czy przesłodzone soki z koncentratu nie okazały się równie trafnym wyborem co satay. To danie akurat nigdy nas nie zawiodło, ale pod względem łączenia smaków bardziej przekonała nas do siebie kuchnia malezyjska. Długo nie musieliśmy na nią czekać, bo już na zajutrz przekroczyliśmy granicę na morzu zmierzając na przeklętą na siedem pokoleń malezyjską wyspę.

 


 

Informacje praktyczne (aktualne na koniec grudnia 2014):
– Khanom – Nakhon Si Thamarat – minibus odjeżdża co godzinę – 80 baht (ceny za osobę)
– Nakhon – Trang – minibus z tej samej stacji – 130 baht
– Trang – Ban Chao Mai (port z którego odpływa long boat na Koh Libong) – van z tej samej stacji – 80 baht
– Ban Chao Mai – Koh Libong – long boat – 40 baht
– Koh Libong – na zachodnie wybrzeże można albo iść (ok. 7-8 km), albo wziąć tuktuka (liczą sobie po 100 baht za osobę i w ośrodkach twierdzą, że jest to stała cena na wyspie, nam udało się w wyniku nieporozumienia dojechać w jedną stronę za 50 baht na osobę, a w drugą po drodze załapalismy się na stopa na pace pick-upa)
– Trang – noclegu najlepiej szukać w okolicach stacji kolejowej, jest dostępnych wiele opcji na każdą kieszeń




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Niecodzienny festyn w Birmie Z cyklu: miejsca i zdarzenia nie do ogarnięcia, czyli absolutnie niezwykły festyn w Birmie. Pokazujemy go wam z oryginalną "ścieżką dźwiękową"!