Melbourne: Australia odsłania kły, niegroźnie!

15 kwietnia 2015  By nakreceni.in 
0


To spotyka każdego turystę przylatującego do Australii prosto z Indonezji. „To” ma kły i warczy jak tylko zbliżasz się do wystawy sklepowej. Przy kasie atakuje cię i zanurza zębiska w twojej kieszeni. „To” nazywa się szok cenowy i jest jedynym niekomfortowym doznaniem po przylocie do Australii. Komuś może jeszcze nie podobać się długa kolejka u progu świtu na lotnisku w Melbourne, ale wyluzowani urzędnicy i bezpłatna e-wiza (o wizę występuje się wcześniej składając aplikację przez internet- wypełnia się ją w 10 minut, a o przyznaniu wizy turystycznej jest się poinformowanym 40 minut później mailowo; na tym kończą się formalności, a kosztów brak) doskonale to rekompensują. Tylko to podgryzanie kieszeni…

Za szukanie noclegu przez couchsurfing tym razem wzięliśmy się za późno, a inauguracja sezonu F1 mająca miejsce co roku właśnie w Melbourne i całkiem hucznie obchodzony przez studentów, którymi miasto stoi, dzień Świętego Patryka nie pomógł nam i po raz pierwszy odbiliśmy się od ściany. [tutaj krótka nota od dbającego o prawdę wydawcy; Nakręceni nie wysłali zbyt wielu próśb do couchów, bo w swoich poszukiwaniach napotkali całe zastępy dziwaków, u których nocować nie mieli ochoty] Znaleźliśmy z ulicy chwalący się najniższymi stawkami w całym stanie Victoria hostel i za niecałe- bagatela- 30$ (AUD) za osobę zameldowaliśmy się w czymś, co w najmniejszym stopniu nie miało klimatu hosteli z Azji. Przeważnie pobyt w hostelach wiązał się z mnóstwem inspirujących rozmów, świetnych porad i spotkań z ciekawymi ludźmi. Poza tym pomimo cen były to całkiem schludne miejsca, a tutaj wchodząc do pokoju musieliśmy mocno rozglądać się po podłodze by znaleźć miejsce na swoje plecaki, a siadając sprawdzać dwa razy, czy aby na pewno się później odkleimy. Średnia wieku na pewno wynosiła poniżej 20 lat i tylko to, że wciąż młodo dla nich wyglądamy uchroniła nas przed ksywką „dziadki”. O 22 cały dziesięcioosobowy pokój udał się na imprezkę i został tylko jeden chłopaczek zaczytany w jakąś książkę. „Pewnie chory”- pomyśleliliśmy ze współczuciem. Chwilę później zadzwonił mu telefon i z rozmowy wynikało, że ktoś zgodził się zrobić mu przelew. Nie minęło trzydzieści sekund jak młody wskoczył w jeansy i dołączył do reszty. Na łóżku została po nim tylko książka „Jak zostać buddystą?”. Najwyraźniej na niego jeszcze nie pora!

Melbourne-5816 [720b] Melbourne-5763 [720b] Melbourne-5712 [720b]

Spacerując po Melbourne czuliśmy, że wysokie miejsce w rankingu najlepszych miast do życia jest w pełni uzasadnione. Sprawna komunikacja miejska, ścieżki rowerowe, spokojnie toczące się życie nad rzeką, schludna architektura. Wszystko na swoim miejscu i nie należy tego zestawiać z nudą. Jeśli tak uważacie przejdźcie się Hosier Lane, gdzie na murach można obejrzeć prace najlepszych na świecie street art’owców albo przynajmniej odwiedźcie po zmroku kilka pubów w St Kilda.

Melbourne-5872 [720b] Melbourne-5840 [720b] Melbourne-5853 [720b] Melbourne-5839 [720b]

Do Australii przyjechaliśmy jednak na krótko i nie po to by podziwiać miasta. Wprawdzie w dwa tygodnie nie zaznamy pyłu outbacku, ale chociaż zjedziemy kawałek wybrzeża. Samochód wynajęliśmy za pośrednictwem Irlandki z naszej noclegowni oddelegowanej do ubijania dobrych targów dla hostelowiczów (mogłaby ta profesja nazywać się make life easier), która bardzo się zdziwiła, że nie pracowaliśmy w Dublinie skoro stać nas na taką podróż… A przynajmniej zna wielu Polaków, którzy w ten sposób zabrali się za spełnianie marzeń. Też coś o tym słyszeliśmy! Potem na nasze pytanie o koszt promu z Philip Island, stwierdziła że to chyba jakieś grosze. Po sprawdzeniu nadal wyszło jej że grosze, bo kilkukilometrowa przeprawa wyniosłaby nas 63$. W bardzo, ale to w bardzo dziwny świat wkroczyliśmy. I szybko zaczęliśmy się przystosowywać, korzystać z tego, czego nie dawała Azja.

Całkiem popularna jest zasada, że w krajach z wysokimi cenami pilnujesz się trzy razy bardziej i ostatecznie końcowy bilans wychodzi podobnie jak w taniej Azji. Do tej pory kojarzyło się to nam z odmawianiem sobie przyjemności i kombinowaniem (nie mylić z kuźniarowaniem) i wciąż nie do końca wierzyliśmy, że można na tym wyjść podobnie. Bo ile zaoszczędzi się nie kupując owocowych szejków, które w Azji kosztują podobnie jak woda? A co jeśli w Australii nie musisz kupować wody, bo kranówa jest pitna? A w hostelu masz kuchnię, a w niej makaronu i ryżu do woli, więc wystarczy ci kilka dodatków i masz obiad? A jeśli nie musisz płacić za żaden wstęp by obejrzeć pingwinki odbywające swój wieczorny spacer do legowiska, bo możesz ten spektakt obejrzeć za darmo w porcie w Melbourne? A co jeśli, zamiast wydawać na hostele wynajmiesz samochód i ruszysz poza miasto, by odkryć bogaty świat australijskich bezpłatnych campingów, takich z prysznicami, ciepłą wodą, a nawet gniazdkiem do ładowania laptopa? A to wszystko będzie stanowiło ledwie dodatek do oszałamiających krajobrazów wybrzeża stanu Victoria, wybrzeża, wzdłuż którego prowadzi droga o turystycznej nazwie Great Ocean Road. Jest droga, jest ocean i jest wspaniale, nie mogli tego Australijczycy ująć lepiej.

Melbourne-5948 [720b]

GWIAZDOR. I nie potrzebował czerwonego dywanu!

Melbourne-5983 [720b]

A w głebi duszy, wrażliwy romantyk

Melbourne-5909 [720b] Melbourne-5937 [720b]  Melbourne-5777 [720b] Melbourne-5751 [720b] Melbourne-5740 [720b]  Melbourne-5809 [720b] Melbourne-5748 [720b]

Melbourne-5787 [720b] [720b]  Melbourne-5855 [720b] [720b]




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Rejs po Parku Narodowym Komodo Oprócz tropienia smoków, większość czasu spędzaliśmy na łodzi i w wodzie. Już przy pierwszym zanurzeniu głowy pod wodę przy Pink Beach oszaleliśmy z radości. To tak jak jakby pływać w przepełnionym akwarium.