Odkrywcy na tropie… czyli trekking w Mongolii!

5 października 2014  By nakreceni.in 
0


Lodowaty strumień rozgonił senność i w mgnieniu oka mieliśmy gotowe śniadanie, gorącą herbatę i dobre nastroje powróciły. Koło nas przemaszerowały do wodopoju krowy i owce. Nie wyglądały na zadowolone, że zakłóciliśmy ich poranny rytuał. Zwinęliśmy obóz, odbyliśmy krótką dyskusję ze współtowarzyszami i zdecydowaliśmy, że obejdziemy górę, co zajmie jakieś dwa dni, po czym wrócimy do wioski. Teoretycznie, według posiadanej mapy, powinno być to możliwe. Teoretycznie to też doskonały pomysł na szlak, ale w Mongolii nie spotkacie się z takim udogodnieniem, nigdzie nie natrafiliśmy na żadne wskazówki.

Co chwilę nasza droga przerywana jest mniej lub bardziej rwącym potokiem, który za każdym razem wywołuje burzę mózgów, jak go pokonać tym razem. Po kamienach, przynosząc kłodę czy zdejmując buty? Nie zawsze warto się spieszyć, bo podczas gdy cała piątka dziarsko ruszyła boso przez szeroki strumień, kalecząc sobie przy każdym kroku stopy o kamienie, Ania chwilę poczekała, wydobyła z dna plecaka sandały i wyprzedziła pozostałych. Oszustwo! Przy kolejnej przeprawie wszyscy nagradzają się batonikami za determinację z jaką przemy dalej.

Robi się trudniej, w ścieżkę wbija się zbocze wzgórza, pełne chaszczy i zbyt nachylone by swobodnie się na nie wdrapać. Z drugiej strony odcina nas strumień i bagna. Można się przez nie przeprawiać nie wiedząc czy dalej będzie możliwość powrotu na właściwą stronę skąd odbijemy w dolinę by obejść górkę lub zmierzyć się ze stromizną. My wybieramy drugą możliwość. Wspinaczka z ciężkimi plecakami narażając skórę i ciuchy nie jest łatwa i grupa postanawia zawrócić. Nam idzie jednak całkiem nieźle, obydwoje jesteśmy sporo dalej niż reszta i dopiero co przeszliśmy najtrudniejszy kawałek. Co jak wrócimy, a tam nie będzie lepiej? A jak zaginiemy na bagnach? Krokodyle, węże, skośnoocy. Niechętnie podchodzimy do ryzyka ponownego przechodzenia tej trasy i postanawiamy się rozdzielić. Jeśli uda im się przekroczyć rzekę to prawie na pewno drogi te sie połączą, a jak nie to i tak będą musieli iść za nami. Cieszymy się z podjętej decyzji, bo dalej jest już dużo łatwiej. Na malownicze wzgórze oświetlone silnym popołudniowym słońcem reszta grupy dociera ponad 20 minut po nas. Ania wykorzystuje tę chwilę na wytropienie rzeki, która w między czasie gdzieś mocno odbiła. Strumień z potoku Terelj po raz kolejny zapewnia nam „instant” obiad, a szum wody umila odpoczynek. Patrzymy po twarzach i wszyscy chyba czują to samo, jesteśmy odważnymi odkrywcami, którzy w swej wędrówce nie zlękną się przed niczym. No może poza wilkami. Pająkami. Meduzami. Ale meduzy na stepie?

Góra skręciła i wreszcie mogliśmy wejść w dolinę. To jeszcze zgadzało się z naszymi przypuszczeniami, niepokojące było to, że pasmo ciągnęło się dalej, zagradzając drogę powrotną do wioski. Perspektywa wspinaczki wyraźnie wywoływała strach w oczach dwóch pozostałych dziewcząt. Ania też kiwała głową z powątpiewaniem. Póki co idziemy wzdłuż. Na horyzoncie pojawia się samochód, dość egzotyczny widok na tym pustkowiu. Zatrzymujemy go z pytaniem czy wie czy w okolicy wynajmiemy konie. Zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć pasażer już pokazywał międzynarodowy znak „money, money”, co nie dawało zbyt dużej nadziei na ich bezinteresowną pomoc. Pogawędziliśmy chwilę używając jedynego słowa, które obie strony rozumiały- nazwy wioski Terelj- trochę się pouśmiechaliśmy i zrozumieliśmy, że w okolicy nic nie znajdziemy, za to przez górę prowadzi dróżka. Naprawdę bogaty przekaz jak na jedno słowo. Gdyby ktoś nas kręcił to mógłby zmontować z tego niezłą komedię.

Powoli zaczynało się ściemniać, więc znaleźliśmy miejsce na obozowisko, niedaleko leśnego duktu. Sucha ściółka leśna zniechęciła nas tym razem do rozpalania ogniska, tylko od razu skoczyliśmy do namiotów. Tym razem walkę z zimnem postanowiliśmy przetrwać wskakując do jednego śpiwora (we dwójkę, nie całą grupą, Bartek!).

Ruszyliśmy dalej dopiero gdy promienie słońca wystarczająco ogrzały namioty, by zachęcić nas do wychylenia z nich nosa. Kontynuowaliśmy wspinaczkę. Po gołym szczycie hulał taki wiatr, że tylko rozejrzeliśmy się po okolicy i ruszyliśmy w dół. Chcieliśmy znaleźć kogoś kto by nam zorganizował przejażdzę konną do wioski, aby następnego dnia rano móc wrócić do Ułan Bator. W oddali pokazały się jurty (po mongolsku gery). Dziewczyny zostały z plecakami, a panowie poszli na zwiady. Na wstępie klasyczny mongolski poczęstunek: sfermentowane mleko, twardy ser i świeżo wypieczone mini chlebki. To dobrze, zazwyczaj w miejscach pod turystów serwowana jest herbata ze zwykłym mlekiem. Wprawdzie smakowałaby lepiej, ale nie byłaby to bezinteresowna gościnność.

Padła obietnica, że jak brat wróci to coś wymyślą odnośnie koni. Siedzieliśmy wszyscy razem, oczekując na nasz konny transport, mając możliwość podpatrzenia prawdziwego, codziennego mongolskiego życia. Po dwóch godzinach okazało się, że koni jednak dziś nie będzie. Taki plus dłuższej podróży – w trakcie dwutygodniowych wakacji pewnie rozjechałby się nam całkowicie plan i byśmy mieli poczucie straconego dnia, a teraz cieszymy się, że mamy okazję kontaktu z lokalną rodziną, nic nam nie ucieknie! Dogadaliśmy się, że konie będą jutro rano i zdążymy do miasta na autobus na 14. Uzgodniliśmy cenę za osobokonia nie pozostawiając pola do negocjacji następnego dnia i ustaliliśmy, że śpimy w jurcie, za którą dorzucimy się po kilka złotych. Seniorka rodu co chwila zjawiała się z porcją drewna i odchodów jaka, by dogrzewać jurtę. Bajeczka! Francuzi byli przygotowani na taki wspólny wieczór bo nie dość, że wyciągnęli wódeczkę to jeszcze podzielili się „sandwichami„.

„Najedzeni” graliśmy do późnego wieczora w karty. Być może każdy w inną grę. Para z Izraela trochę zaczepiała Francuzów jak tam się ma islam u nich w kraju, my mogliśmy wypytywać o wojnę z Palestyną i codzienność w Izraelu. Tego nie przeczytasz w gazetach! – krzyczały wyimaginowane nagłówki w naszych głowach.

Na konie umówieni byliśmy na 9 mongolskiego czasu, czyli ruszyliśmy grubo po 10. Mongołowie mają w sobie ten południowoeuropejski luz. Konie, step, przyroda i ból tyłka. Podobało nam się, ale jeszcze bardziej cieszyliśmy się z dotarcia do wioski. Płacimy uzgodnioną kwotę i jak to często bywa nagle zaczyna się dyskusja, że w zasadzie to jednak powinniśmy więcej dać, bo przecież trzeba zapłacić też za dwóch przewodników. Czuliśmy, że dzień wcześniej wszystko nie mogło być uzgodnione bardziej, więc nie zamierzaliśmy poddawać się naciskom. Zabawne, tyle kultur, twarzy, odcieni kolorów skóry, a cwaniacka morda zawsze wygląda tak samo. W takich sytuacjach ważne jest wyczucie do czego cwaniak może się posunąć. Czy skończy się na robieniu tych groźnych min, nerwowym paleniu papierosów i pluciu pod buty czy jednak może zrobić się nieprzyjemnie. Będąc w szóstkę tym razem czuliśmy przewagę, zachowaliśmy jedność (przekonując Francuzów, że to naciągactwo i tylko kilka euro za osobę to aż kilka euro za osobę) i tak jak przypuszczaliśmy na robieniu min się skończyło. Nie przełamali naszej obojętności i rozglądania się po wzgórzach, aż wreszcie sobie poszli.

Od prysznica w Ułan-Bator dzieliło nas już tak niewiele. Minibus do innej wioski, a z niej bezpośredni miejski autobus. Przesiadka dopełniła klimat kina akcji kończącego się dnia. Bagaże mieliśmy na dachu busa, a pojazd do stolicy już na nas czekał. Kierowca pokrzykiwał, że za moment odjeżdża. Skok na dach, Rafał zajął się odwiązywaniem zapiezbieczeń z jednej strony, Francuz z drugiej, raz, raz, łapcie nasze torby i biegnijcie, kierowco, sekunda! Zeskok z busa, zatrzymujemy ruch i jesteśy po drugiej strony ulicy. Zamykają się za nami drzwi, pasażerowie z aprobatą kiwają głowami, podobała im się scenka. Nam podobały się te cztery dni, Nakręceni mają swoją przygodę!

Przy okazji, uzupełniona jest już część zdjęć z Rosji w galerii na blogu (póki co zdjęcia znad Bajkału). Jutro dojdzie też galeria zdjęć z Mongolii. Ci którzy śledzą nas na facebooku dostali już przedsmak, więc zachęcamy również aby dołączyć do fan page nakreceni.in: https://www.facebook.com/nakreceni.in




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej