Ułańska trasa z Ude do Bator

3 października 2014  By nakreceni.in 
0


I znów niespiesznie o 5 nad ranem opuszczamy dworcową poczekalnię ruszając w kierunku stacji autobusu. Na pewno kilka osób w poczekalni odetchnie z ulgą, my zachłannie tulimy nasze bagaże, by nikt nie mógł ich sobie przywłaszczyć, a niektórzy miejscowi (zwłaszcza panie w średnim wieku) podejrzliwie przypatrują się nam. Każdy najprędzej w obcym dostrzega złodzieja.

Ułan-Ude to stolica Buriatów, tych ludzi o okrągłych mongolskich buziach, wypada jej poświęcić kilka spojrzeń. Słońce jeszcze nie zaczęło rozganiać mroku, więc przez centrum spacerujemy zanim miasteczko zacznie budzić się do życia. Czujemy się bezpiecznie, jedynymi napotkanymi osobami są rowerzysta, który tłumaczy nam jak dojśc do dworca (okrężną drogą – dziękujemy) i bezdomni okupujący ganek przed sklepem. Kręci się też w okolicach policja patrolująca ulice starą Ładą. Na około, ale dotarliśmy. O ile nocny rekonesans centrum Ułan-Ude to przyjemność i można przypuszczać, że za dnia spędzilibyśmy dużo czasu kręcąc się po nim, o tyle dworce autobusowe to najczęściej miejsca depresyjne i przyciągające do siebie typów spod ciemnej gwiazdy. W Ułan-Ude jest podobnie. Mamy też nadzieję, że jesteśmy w dobrym miejscu bo w Internecie podane są sprzeczne informacje odnośnie odjazdu autobusu do Ułan Bator. Za najbardziej wiarygodne źródło uznaliśmy wpis na stronie jednego z hosteli, który sprawdzaliśmy pod kątem ewentualnego noclegu i dlatego wybieramy dworzec autobusowy, a nie plac z głową Lenina. Hostel nie kłamał, a do tego po raz pierwszy płacimy za coś mniej niż wcześniej przeczytaliśmy – 1300 rubli za osobę. Mongoł przed nami też wydaje się być zaskoczony ceną, chyba zbyt często źródła powołują się na ofertę pośredników. Tymczasem kupno biletu w Rosji nie jest szczególnie trudne dla Polaka, trochę zmiękczyć, trochę dodać akcentu i nasz ojczysty język też zostanie zrozumiany!

Wyspa Olchon-2448 (Kopiowanie) Wyspa Olchon-2446 (Kopiowanie) Wyspa Olchon-2444 (Kopiowanie)

Odprawa paszportowa na granicy przebiegła sprawnie, Rosjanka stroiła groźne miny i bardzo dokładnie lustrowała podobieństwo zdjęcia w paszporcie z twarzą okaziciela, ale wszystkich wypuściła. Po mongolskiej stronie zaś stoczyliśmy pojedynek nie z celnikami, a z bezczelnie wpychającymi się lokalsami, musiało dojść do rękoczynów, żeby wytłumaczyć Mongołom, że tak nie wypada. Służby porządkowe jedynie przyglądały się tej scenie pozwalając im i nam robić swoje.

Do stolicy kierujemy się nie mając załatwione absolutnie nic. Nie wiedzieliśmy wcześniej czy uda się nam kupić bilety i kiedy dokładnie dotrzemy do Ułan Bator, więc nie chcieliśmy ryzykować utratą rezerwacji. Poza tym jeszcze nie testowaliśmy mongolskich dworców! Jednak ponownie mamy sporo szczęścia. Jeszcze w Ułan Ude zgadaliśmy się z finską parą i na jednym z postojów na jedzenie ustaliliśmy, że spróbujemy zanocować w hostelu, który oni wybrali. Przyjeżdzał po nich kierowca, więc mogliśmy się z nim zabrać i zdecydować na miejscu czy bierzemy tam nocleg czy nie. Oznaczało to przynajmniej darmowy transport do samego cetrum. Pokój, mimo że nieco droższy niż się nastawialiśmy okazał się (z braku innych lokatorów) całym mieszkaniem, z osobną kuchnią i łazienką. Wzięliśmy!

Pierwszy dzień poświęciliśmy na planowanie i zapoznanie się z miastem. Może przez to, że byliśmy przygotowani na najgorsze postsowieckie klimaty, Ułan Bator odbieramy zupełnie pozytywnie. Korki jak w każdej innej stolicy, mieszkańcy równie zabiegani, a brzydota miasta jest przyciągająca, ani krzty poczucia, że nam tu nieswojo. Z głównego placu rozpościera się widok na mongolskie „city”, z chcącymi być uznawane za nowoczesne wieżowcami. Pomiędzy nimi wyłaniają się masywne wzgórza, których szczyty znajdują się tuż za obrzeżami miasta. Całość dopełniają jurty przyklejone do betonowych brył budynków w samym centrum.

Dla nas folklor, dla nich zderzenie dwóch światów. Dwóch niezwykle odległych od siebie światów, jakie poznamy w Mongolii. Zacieramy ręce- i z radości i bo zimno.




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Ruscy kierowcy-mordercy On milczy i my milczymy, a całą magiczną atmosferę budują właśnie te niedopowiedzenia, unoszące się w kabinie niuanse z zakamarków myśli.