Hostele w Ułan Bator to zazwyczaj mieszkania w blokach z odrażającą klatką schodową, zaadaptowane na przestrzeń przyjazną dla turystów. Takie jest i Golden Gobi, ale ma też swoją babinkę, która wydaje się być największym skarbem tego miejsca. Mimo, że sama nie mówi po angielsku to wszystko rozumie (odnieśliśmy wrażenie, że nawet jak mówimy po polsku) i odpowiada na pytania zanim zostaną zadane. Może też czyta w myślach? Wyjaśniła jak najlepiej dostać się do parku narodowego Gorkhi-Terelj, gdzie chcieliśmy posmakować Mongolii przyprawionej po naszemu. Starsza pani dbając o nasz komfort, dała karteczkę z informacją po mongolsku gdzie chcemy dotrzeć, którą mieliśmy pokazać przechodniom w przypadku wątpliwości. Skorzystaliśmy i kilkanaście minut później zza okna przyglądaliśmy się przedmieściom Ulan-Bator ciągnącym się zbyt długo i zupełnie niepotrzebnie. Tyle pięknej przestrzeni w koło, a pół kraju chce się gnieść w zabetonowanej stolicy.
Chcieliśmy dotrzeć do Terelj i na początek oddalić się od miasteczka, by bezpiecznie rozbić namiot, a następnego ranka ruszyć gdzie nam zmysły podpowiedzą. Równie nieokreślony plan miały dwie inne pary (z Francji i Izraela), więc razem pomaszerowaliśmy w nieznane. Rafał stał się samozwańczym przewodnikiem (przy wyraźnym zadowoleniu pozostałych dwóch facetów) i postanowił, że idziemy wzdłuż rzeki oddalając się od najmocniej promowanej w przewodnikach doliny. Po dwóch kilometrach znaleźliśmy polanę, która wydała się nam odpowiednia. W oddali widać pojedyncze jurty, ale będąc trzynamiotową grupą nie musieliśmy chować się po lesie.
Rozstawiliśmy się sprawnie, jakby już wcześniej było to naszym chlebem powszednim. Po środku obozowiska rozpaliliśmy ognisko i ugotowaliśmy obiad. W naszym przypadku była to tylko zupka chińska i kanapki, ale jeszcze nabierzemy wprawy w przygotowywaniu trzydaniowych:), jednogarnkowych posiłków.
Ogrzewani płomieniami, opowiadaliśmy swoje historie. Mongolia póki co przyciąga turystów z poza głównego nurtu, ludzi ciekawych, najczęściej takich, którzy już sporo widzieli lub też zaczynają dłuższą podróż. Czas przy ognisku płynął wartko. Jednak w pewnym momencie czujemy, że nawet wskoczenie do ogniska nie pomogłoby nam w rozgrzaniu skostniałych ciał, więc kierujemy się do namiotów. Możemy tylko zgadywać ile jest stopni, ale o sen jest bardzo ciężko, zwłaszcza że wokół biegają psy, zwabione kulinarnymi zapachami.
Po długiej i niespokojnej nocy zachęceni promieniami wstającego słońca wychylamy się z namiotów. Wszyscy wymarzli, a Francuzom oliwa zamieniła się w kawał lodu. Ten sam los spotkał też niezabezpieczone zapasy wody. Słyszeliście o gościu, który „zamarzł” w wyłączonej chłodni? Taka siła autosugestii. Lepiej dla nas, że nie widzieliśmy, że było -10 stopni!














