Yangon – cierpliwość po birmańsku

1 stycznia 2015  By nakreceni.in 
2


Dostanie się do Birmy staje się coraz prostsze. Kiedyś o wyrobieniu wizy wjazdowej powstawały całe artykuły, bo ciężko było o rzetelne informacje, a i tak po dwóch miesiącach się one dezaktualizowały. Teraz bardzo szczegółowy opis znajdziemy na oficjalnej rządowej stronie. Druga dobra wiadomośc jest taka, że po wizę nie musimy już się udawać do Berlina, robić przystanku w Kuala Lumpur czy Bangkoku, bądź korzystać z pośrednika – od niedawna jest możliwość aplikacji o wizę online: http://evisa.moip.gov.mm/ Ze względu na częste zmiany, informacji polecamy szukać bezpośrednio na stronie. Dla przykładu, jak w listopadzie zamawialiśmy wizy to aplikacja online była możliwa wyłącznie dla przylotów do Yangon. W momencie gdy piszemy ten post (grudzień), została ona już rozszerzona o Nay Pyi Taw (stolicę) i Manadalay. Między innymi z powodu e-wizy podróż do Birmy zaczeliśmy od Yangon, gdzie dotarliśmy z Kuala Lumpur. Pierwszy nasz kontakt z birmańską serdecznością miał miejsce już w samolocie. Pan siedzący obok z ciekawieniem pytał o nasze plany i koniecznie chciał podzielić się zamówionym posiłkiem.

Od razu po przyjeździe i zameldowaniu w hotelu prowadzonym przez grupkę wyluzowanych dzieciaków ruszamy na pierwszy wieczorny spacer po Yangon. Życie, jak w większości krajów tej części świata, toczy się na ulicy. Ktoś coś pichci, ktoś czymś handluje, prowadzi swój mały warsztat. O ile cały obrazek wygląda bardzo interesująco, to gorzej, na pierwszy rzut oka, kształtuje się opcja zjedzenia kolacji. Zapachy jakoś nie zachęcają, próbujemy zajrzeć do garnków, innym w talerze i wciąż czujemy, że to nie dla nas. Może biegające pomiędzy ulicznymi sprzedawcami szczury nas źle nastawiły? Głęboko jednak wierzymy, że coś na tej ulicy musi nam podpasować. Idziemy dalej trochę kierowani intuicją, trochę przez mapę na smartfonie i w końcu docieramy tam, gdzie dzieje się kulinarna magia. Dziewiętnasta ulica, bo w Birmie często występuje ten znany ze Stanów numeryczny zapis kolejnych przecznic. Już z daleka czuć zapach grillowanej ryby, owoców morza i różnych mięs. Potem się dowiemy, że trafiliśmy do Yangonskiego China Town. Przed każdą z knajp wystawka z lodem i różnymi stworzeniami. Oglądasz, wybierasz, wkładasz do koszyczka a obsługa wrzuca to na ruszt. Niektóre okazy są tak oryginalne, że nawet kelner się dziwi, że ktoś chce to zamówić. Najedzeni wracamy ulicami miasta powoli szykującego się do snu. Niektórzy przerabiają stoliki swoich knajp czy warsztatów na posłania, inny znajdują kawałek swojej przestrzeni na chodniku leżąc jeden obok drugiego. Niektórzy prowadzący bardziej nocny tryb życia rodzice też położyli swoje dzieci z gołymi tyłkami na betonie pod swoimi nogami, zupełnie nie przejmując się co chwila przebiegającymi obok szczurami. A te są tu naprawdę dorodne, czy w biednym kraju te stworzenia wyrosłyby do takich rozmiarów? QG8A8629 QG8A8630

Kolejny dzień rozpoczynamy od załatwienia biletów do Heho, czyli lotniska znajdującego się w pobliżu Inle Lake. Szybkie rozeznanie pozwala nam stwierdzić, że lokalnych przewoźników oferujących wewnętrzne loty jest sporo, ale w wybrane miejsca latają tylko w określone dni. I tak w poniedziałek jedyną możliwością jest wybór air KBZ, linii której właścicielem jest Kanbawza Bank. W niedzielę wszystko pozamykane, ale młody chłopak z recepcji znajduje nam biuro turystyczne, gdzie powinno udać się kupić bilety. Docieramy na miejsce, tłumaczymy czego potrzebujemy, a pani z obsługi przysłuchuje się nam uważnie, wstukuje coś do komputera i już po 15 minutach z uśmiechem odpowiada, że TAK jest jutro samolot. Wspólnie okazujemy radość, trwa mała celebracja sukcesu młodej pracownicy, którą tak cieszy ta informacja, ale w sumie tyle to my już wiedzieliśmy wcześniej, potrzebujemy konkretów, czyli czy są miejsca i czy sprzedadzą nam bilet. Po kolejnych 15 minutach dostajemy niemal komplet informacji. Jest samolot, są miejsca i mogą nam sprzedać bilet. Ekstaza! To może jeszcze jakąś ceną nas uraczy? Stawki przewoźnika znamy z internetu, ale domyślamy się, że dojdzie jakaś prowizja. Jest duszno, kropelki potu zdobią już nie tylko nasze czoła, zegar głośno odlicza kolejne sekundy, a w oczekiwaniu na kolejne informacje mija ich bardzo wiele. Tik tok tik tok, dziewczyna podaje cenę, która jest o ponad 30 dolców od osoby niższa od tej znalezionej bezpośrednio na stronie. Coś tu nie gra, wiadomo. Przekonani, że w którymś momencie cena na pewno wzrośnie musimy decydować w ciemno, bo inaczej spędzimy tutaj większość dnia zamiast zwiedzać byłą birmańską stolicę. Mnożenie pytań i wątpliwości zrujnuje nasz dzień. Bierzemy, drukuj pani te bilety, zanim nie odetną nam prądu, bo w Birmie prąd jest wciąż dobrem nieoczywistym.

Pracownica dalej wstukuje coś do systemu i widać, że nie idzie jej z górki. I tutaj pojawia się spostrzeżenie jak bardzo zmienia się podejście do sytuacji tego typu w dłużej podróży. W trakcie dwutygodniowego urlopu takie załatwianie formalności jest frustrującą stratą czasu. Tymczasem my pomimo wielu dusznych minut spędzanych w biurze nie dość, że pozostajemy zupełnie spokojni, to w zasadzie nawet nie formujemy w głowie myśli, że to wszystko powinno trwać szybciej. Pozostajemy pełni zrozumienia dla początkującej (jak nam później sama wyjawiła) dziewczyny zza biurka. Widać że się stara, narzeka na wolne łącze, a pewnie komputer też mogłaby mieć lepszy. Po kilku miesiącach w podróży nauczyliśmy się, że Asian Time działa inaczej niż czas, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma deadlajnów, ASAPów, czy innych terminów korporacyjnej nowomowy, mających nam wmówić, że jak coś nie zostanie zrobione na wczoraj to stanie się coś złego. Tutaj niedługo może oznaczać zarówno za 5 minut, jak i za 5 dni. I ta pierwsza opcja jest zdecydowanie mniej prawdopodobna. A teraz nikt nas nie spuścił na drzewo mówiąc że najpierw wetnie lunch, albo że tak, tak, się zrobi, nie czyniąc nic w kierunku tego, by się zrobiło. Panna dzwoni, wstukuje, konsultuje się z resztą personelu (a personelem tak jak w hotelu jest zgraja dzieciaków), DZIAŁA w naszym imieniu- to już jest poziom obsługi zasługujący na pochwałę! Nie chcąc jednak dodatkowo stresować pracownicy naszą obecnością ustaliliśmy, że wrócimy za godzinę, bo tyle na oko potrzeba jej jeszcze czasu. My wykorzystujemy go na poznanie okolicy. Kamienice, stragany, gry uliczne, świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej- wszystko wciąga nas tak bardzo, że wracamy po dwóch godzinach. A biletów wciąż nie ma, ale przynajmniej poznajemy już cenę, tę prawdziwą, wyższą. Tym razem już czekamy i pilnujemy naszej sprawy. Widok dziewczyny rozmawiającej przez dwie słuchawki jednocześnie ujął nas tak bardzo, że tym bardziej nie można było się na nią gniewać! Po ponad 3 godzinach od pierwszego pojawienia się, bardzo przepraszając, wręcza nam nasze bilety i prosi o namiar telefoniczny, żeby mogła zadzwonić na wypadek zmian w rozkładzie. Rafał nie byłby sobą, gdyby nie rzucił, że wprawdzie ma żonę i zazwyczaj nie rozdaje przypadkowym dziewczynom swojego numeru, ale dla niej zrobi wyjątek.

QG8A8486 QG8A8507  QG8A8473 QG8A8459 QG8A8457 QG8A8419 QG8A8411QG8A8492QG8A8518 Powłóczyliśmy się jeszcze uliczkami i celując w zachód słońca pojechaliśmy zwiedzać zabytek numer jeden w Yangon, Shwedagon Paya (brzmi jak niemiecki obóz koncentracyjny, ale to kompleks świątynny). Miejsce zrobiło na nas dużo większe wrażenie, niż spodziewalibyśmy się po tego typu obiekcie. Przyznajemy, że nie jesteśmy największymi amatorami azjatyckich świątyń i nie zawsze silimy się by dostrzec ich piękno. W skrócie, to zazwyczaj dużo złota na odwróconym leju nazywanym stupą. Trudno nawet znaleźć skalę, na której można by zestawić takie miejsca kultu z katedro-meczetem w Kordobie, bazylikami w Rzymie lub meczetami ze Stambułu. Tutaj całość oczywiście również obficie zalana złotem robi wrażenie, nawet pomimo trwającego remontu głównej stupy. Gdy podejdzie się bliżej i przyjrzy detalom to wciąż dostrzega się kiczowate elementy, pociągnięte niedbale farbą, jak w świątyniach chińskich i tajskich. Całość jednak tworzy bardzo elegancki i dostojny obraz, no i stoi za tym ciekawa filozofia pełna symbolicznych obrzędów. I to odciska się na atmosferze tego miejsca, absolutnie urzekając. Warto usiąść na jednym z murków i podelektować się obserwując ludzi, którzy znacznie rzadziej biegają w koło z aparatami, a częściej po prostu odprawiają swoje rytuały w ważnym dla nich duchowo miejscu. Jest szansa, że przysiądzie sie do ciebie jakiś mnich i mimo kulejącej angielszczyzny będzie próbował zagadać, dowiedzieć się czegoś o tobie i kraju, z którego przybywasz. No i w jakim dniu tygodnia się urodziłeś, bo to przecież ważne dla prawidłowego odprawienia modłów w birmańskim buddyzmie. Tamtejszy akcent przez który filtrowane są zdania ułożone po angielsku jest dla nas trudny do zrozumienia, ale nawet jak po raz piąty nie załapiesz pytania, to bez cienia jakiejkolwej irytacji cierpliwy mnich je powtórzy. Do skutku. I będzie mu przykro, jeśli nie masz rodzeństwa! Dzień zakończyliśmy potworami wydobytymi z ciemnej otchłani oceanu grillowanymi na 19 ulicy. Jak sobie to przypominamy to z wielkim trudem upominamy nasze zmysły, że dziś jesteśmy już po kolacji!

QG8A8607 QG8A8609 QG8A8583 QG8A8576 QG8A8569 QG8A8567 QG8A8553 QG8A8533QG8A8543QG8A8621




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Birma - azjatycka perła czy turystyczna wydmuszka? Birma to do niedawna bardzo egzotyczna lokalizacja na listach podróżniczych destynacji. Wojskowa junta oddzielała szczelnym korowodem państwo znad zatoki bengalskiej od popularnych turystycznie krajów ościennych. Następnie częściowo otwarto granice...