Sklepy 7eleven w Japonii robią za uliczne bary, wchodzi się tam po rolkę sushi, makaron, sałatkę czy kawę. Kawa nie byle jaka, bo z ekspresu, świeże ziarna się mielą, a my siadamy chwilę odpocząć. Są cztery miejsca siedzące, kontakt, a nawet internet, no prawie Starbunio. Obok nas siada rozchełstany gość, wygląda jak korpo pracownik na lunchu i wprawdzie jest niedziela, to w Japonii nigdy nie wiesz! Ania wykorzystuje moment i odpala Skype’a, a gość zaczyna nas podpytywać słabym angielskim skąd jesteśmy, po jakiemu mówimy, czy nam się podoba i szkoda, że Japończycy to głównie po japońsku. No taka gadka dość klasyczna, sympatycznie zaczepna, ale zmierzająca ku końcowi jeszcze szybciej niż kawa w kubku. Facet mówi nam, że musimy spróbować OKONOMIYAKI, to takie lokalne danie, miejscowa wizytówka. Wszystko dzieje się w Hiroszimie i rzeczywiście każdy mówi, że musimy iść na okonomiyaki. A Japończyk, u którego się zatrzymaliśmy narysował nam nawet mapkę, na której zaznaczył, gdzie zjemy najlepiej przyrządzone. No to skoro się już tak bratamy z nieznajomym, to pokazuję mu tę kartkę z mapką, że tak, że wiemy, że jeszcze dziś będziemy się delektować okonomiyaki. Patrzy gość na mapkę i mówi: ooo, świetne miejsce, znam tam właściciela, w ogóle to dam mu znać, że wpadniecie, super, wspaniale. Za moment żegna się i znika za rogiem. Wiadomo, my też byśmy obcokrajowca przekonywali, że pan Roman z przekąsek to nasz dobry kumpel i nie raz z nim wódkę pilim.
Obsługa w 7eleven wyrzuca nas, bo nie można zajmować im miejsca dłużej niż 20 minut, a my tam już drugi dzień urządzamy sobie dłuższy piknik. To Japonia, więc oczywiście wyrzucają nas bijąc pokłony, przepraszając i błagając o przebaczenie, to i my cali w pokłonach wyprowadzamy się w kierunku muzeum, tego o bombie. Po dwóch godzinach zanim jeszcze lokal zapełni się Japończykami stajemy w drzwiach naszego baru z okonomiyaki, a tam czeka na nas, no nie że siedzi i czeka, bo zasuwa rozrzucając noodle na blacie, ale widząc nas jakby czekał na to cały dzień ten właściciel czy menadżer, wyciąga karteczkę i pyta czy to dla nas. Anne i Raphael czyli z grubsza jak się przedstawiliśmy gościowi w 7eleven, bo i z grubsza tak się przecież nazywamy, więc wygląda na to, że do nas. W knajpie wszystko po japońsku, więc dostaliśmy instrukcję jak i co najlepiej zamówić, a żeby okonomiyaki smakowało bardziej to dokłada nam jako prezent kupon na piwo i tenże kupon wydrukował wraz z instrukcją jak go użyć, choć to przecież mały lokalny bar, więc zupełnie to zbędna robota, ale jednak z fantazją. Bijemy więc pokłony tej fantazji, tej kartce, temu barmanowi, temu facetowi, co go już pewnie nigdy nie zobaczymy też bijemy, zjadamy przepyszne okonomiyaki, wypijamy dwa piwa duże lane i w zmrożonym kuflu podane i za żadne rzeczywiście nie płacimy i jasna cholera żeby tu się dało jakąś bardziej odkrywczą puentę wsadzić niż to, że podróżowanie jest wspaniałe, a Japończycy jedyni w swoim rodzaju! MIŁEJ PODRÓŻY, kurde! :))
















Pingback: Hiroszima- Peace Memorial ParkNakręceni()