Ułan Bator to miejski port przesiadkowy. Nikt nie chce zostać tu dłużej niż zajmuje umycie się, uzupełnienie zapasów, doładowanie telefonu i zaaranżowanie wycieczki lub biletów, by ruszyć w głąb Mongolii. Nie po to przyjeżdża się do najsłabiej zaludnionego kraju świata, by siedzieć w półtoramilionowym mieście, uznawanym za architektoniczny koszmarek na skrzyżowaniu najgorszych radziecko-chińskich wpływów. Zabawne zderzenie światów obserwuje się też na drogach. Kierowcy siedzą albo po prawej stronie, bo kupili auto z japońskiej wyprzedaży, albo po lewej, bo Koreańczycy rzucili coś taniego w rynek. Nie pozostaje to bez znaczenia, gdy idzie o bezpieczeństwo na ulicach.
Mongolia od dwóch lat przewodzi w międzynarodowym wyścigu na najwyższy wzrost gospodarczy, co osiąga dzięki górnictwu, póki co bez szczególnego przełożenia na życie obywateli. Jeśli nie znaliście kraju, któremu nie przysłużył się światowy rozwój osadnictwa i późniejszy boom produkcji i technologii, to przywitajcie się z Mongolią. Pomnik Chinggis Khana w centrum miasta powinien napawać smutkiem a nie dumą mieszkańców Ułan Bator. Tyle przegrać, myślałbym widząc go codziennie w drodze do pracy, zwłaszcza gdyby było nią czyhanie na portfele nieuważnych turystów. Nie chodzi tylko o imperium ciągnące się przez pół kuli ziemskiej, ale też o nowoczesną administrację i standardy zarządzania państwem, które przeszły do historii lub na zawsze zmieniły jej bieg. Co z tego dziś zostało? Pomnik. Tyle przegrać, krzyczy z głównego placu Ułan Bator Chinggis, świadectwo ogromnej porażki dziejowej Mongołów.

Czyngis Chan, Ułan Bator
Wielu turystów przyjeżdża do Mongolii tylko dla wyprawy na Gobi. Z tego co widzeliśmy, równie wielu traktuje ten wielki kraj jako konieczne połączenie tranzytowe pomiędzy Rosją, a Chinami. Naprawdę mało osób zapuszcza się na własną rękę w rejony Mongolii zielonej, górzystej i spływającej potokami. A o ile Lonely Planet zdecydowanie zbyt lekką ręką rozdawanymi zachwytami traci na wiarygodności, o tyle rada z tego przewodnika odnośnie Mongolii jest słuszna: spakuj plecak i rusz przed siebie. Niech zajmie ci to kilka dni, poczuj się choć przez chwilę koczownikiem, bo w jakim innym kraju będzie to równie proste?
Nasz trekking po parku narodowym był fantastycznym przeżyciem, ale musieliśmy wrażenia uzupełnić również o wycieczkę na pustynię Gobi. Zaliczyć punkt obowiązkowy. Nie kombinowaliśmy, na własną rękę nie dotarlibyśmy w kilka dni do piaszczystych wydm, a tam nas oczy niosły. Po powrocie z Terelj, w hostelu czekały dobre wieści. Są trzy inne osoby, które dopełnią naszą grupę, obniżało to koszt do bardzo akceptowalnego poziomu. Wróciliśmy późno z trekkingu, więc odetchnęliśmy z ulgą i bardzo szybko ruszyliśmy po zapasy na wyjazd. Będziemy w drodze 9 dni, a miasteczek ze sklepami napotkamy jak na lekarstwo. W centrum Ułan Bator jest kilkupiętrowy dom handlowy: State Department Store; znany na całe miasto stanowi też jeden z głównych punktów orientacyjnych dla turystów. I też wszyscy turyści się w nim zaopatrują. Spacerowaliśmy między półkami komponując, tym razem złożone i zdrowe, jednogarnkowe posiłki, kiedy Ania oznajmiła, że chyba wie z kim jedziemy na pustynię. W alejce obok nad podobnymi produktami dumała trójka ludzi: dwie dziewczyny i chłopak. To zgadzało się z informacją z hostelu. Dziewczyny miały być Szwajcarkami, a chłopak skądś inąd. I rzeczywiście, one rozmawiały między sobą po niemiecku, a z nim po angielsku. Ania zagadała i tak poznaliśmy naszych współtowarzyszy kolejnych dni: osiemnastolatki ze Szwajcarii i Austrii będące w dłuższej podrózy po Azji, a także włóczącego się po świecie Francuza w Rafała wieku. Dopełniać tę gromadę miał nasz kierowca: Gamba, facet znający angielski na tyle, by prostymi zwrotami dogadywać się z nami, że tu zwiedzamy, tu śpimy, a o tej chcemy ruszyć.

Ruski van, w drodze na Gobi
Przez bezdroża niósł nas najpopularniejszy pojazd mongolskich stepów, czyli ruski van, pojemny, całkiem wygodny i zawieszony tak wysoko, że zwalnianie przed większością przeszkód nie wydawało się potrzebne. A w razie awarii, to przecież… ruski van, wóz łatwo naprawialny za pomocą metodycznego walenia łomem w popsutą część. Zapakowaliśmy bagażnik pod sufit, nie zapięliśmy pasów, bo nie było czego, zostaliśmy zastawieni kanistrami benzyny i pośród jej zapachu opuściliśmy Ułan Bator, za którym już niedługo mieliśmy wołać ze szczerą tęsknotą w głosie!

Gamba czyści swoje cacko














