Gobi- Marco Polo miał gorzej

11 października 2014  By nakreceni.in 
3


Dziewięć dni bez prysznica, ani dostępu do bieżącej wody. Bez rzek, potoków, ani nawet sadzawek. Dziewięć długich dni w ruskim vanie, dni przepełnionych wybojami, które wywracały żołądki na drugą stronę. Sześć przeraźliwie zimnych nocy i dwie ledwie chłodne. Dziewięć dni wiatru i dwa piaskowe huragany. Niezliczone punkty widokowe po drodze. Spacer kanionem w towarzystwie piesków preriowych, wędrówka po arizońskich skałach, piaszczystych wydmach i wśród opuszczonych turystycznych siedlisk przyjmujących kształty słonia, żółwia i jeża. Dziewięć dni szukania schronienia i gotowania w mongolskich jurtach, czasem ogrzewanych, częściej nie. Osiem dni kładzenia się spać w namiocie i jedna noc spędzona na podłodze barakowego pustostanu, za który- o zgrozo- przyszło nam zapłacić. Jeden zniszczony namiot, za który zapłacić nikt się nie kwapił.

To nasza wyprawa na Gobi w skrócie. Nawet tysiące wstukanych w arkusz słów nie podsumują tego wyjazdu dosadniej niż tych kilka powyższych faktów. Ale podejmiemy przynajmniej próbę!

QG8A3241-1 (Kopiowanie)

Drużyna Gobi. My, Francuz, Austriaczka i Szwajcarka zza kadru

Nie jest to nasz ulubiony sposób podróżowania. Pakowanie się do samochodu jako pasażer, pół dnia drogi (bynajmniej, droga nie była drogą, a bezdrożem; wyłącznie język polski pozwala na taką podkreślającą również wysokie koszty benzyny grę słów jak: droga droga po bezdrożach), przystanek na punkcie widokowym w wyższym stanie skołowania i wreszcie dojazd na miejsce. Dojazd w połowie dnia rodzący pytanie, co właściwie mamy ze sobą zrobić do końca wieczora. Pozbierać się, to na pewno. Ugotować obiad, to zazwyczaj też, chociaż człowiek nie odczuwa głodu po takim dnu. W międzyczasie spacer, gdzieś. Do skał, przez skały, do wyschniętego jeziora, dokądś, tam do tej trawy i z powrotem. Ruszmy się, chociaż trochę. Wreszcie usiądźmy razem, pogadajmy. Zagrajmy w „nigdy w życiu nie robiłem… <<never have I ever>>”, to poznamy się lepiej. Jesteśmy naprawdę z innych światów. Austriaczka i Szwajcarka to chodzące symbole dobrobytu zachodniej Europy. Pewne siebie, ale nie przemądrzałe. Dobrze sytuowane, ale skromne. Odważnie rzucone na głęboką wodę, na początku swej kilkumiesięcznej podróży po Azji. Trochę egoistyczne, przyzwyczajone do tego, że inni im przychylą nieba, a jednocześnie naprawdę zaradne. Czy widzielibyśmy się na ich miejscu w wieku osiemnastu lat? Nie przypuszczamy. Francuz to obieżyświat, jeśli gdzieś nie był, to wybiera się tam w trakcie tej podróży. Wie doskonale jak radzić sobie w drodze, jak przeżyć za jak najmniej wyciągając z każdej chwili jak najwięcej. Wieczory przepełnione były śmiechem, anegdotami i nieraz poważnymi dyskusjami. Zgraliśmy się jak paczka dobrych znajomych. Z iloma ludźmi spędziliście więcej niż tydzień bez przerwy, razem przemieszczając się, jedząc, gotując, śmiejąc się ze wspólnych przygód i kpiąc z niedogodności?

A przygody zaczęły się już pierwszego dnia. Dojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy spać. Pustka. Hula wiatr, w oddali jakieś górki, na mapie zbiornik wodny. Rodzina zamieszkująca jurty dość tradycyjna, za to ich dziecko to jakieś wcielenie szatana: tarza się po podłodze, pluje, zdradza objawy zdziczenia. Efekt wychowania poza rówieśnikami, za to wśród stada bydła czy picie sfermentowanego mleka (z procentami) od małego? Rozstawiamy namioty i idziemy się przejść. Zapadł zmrok, a ciemności poza cywilizacją są mroczne jak podziemia. Czołówki niewiele pomagają. Nasz kierowca rusza na poszukiwania i znajduje nas kilka kilometrów od obozowiska. Miła i potrzebna nam troska. W Mongolii brakuje perspektywy, idąć dokądś widzimy docelowy punkt przed sobą i czujemy, że jest on blisko. Idziemy, ale nie zbliżamy się ani trochę. Godzinny spacer zamienia się w kilkugodzinny męczący marsz.

Po powrocie Francuz z przerażeniem stwierdza, że ktoś połamał jego namiot. Gospodarze próbują zrzucić winę na stado owiec, ale my dobrze wiemy, że to sprawka nawiedzonego dziecka, które już wcześniej kopało w nasze noclegownie. Współczujemy i jednocześnie cieszymy się, że nie spotkało to nas. Dzięki zestawowi naprawczemu udaje mu się nareperować szkody i do jurty idą spać jedynie dziewczyny, które namiotu na wyjazd nie wzięły. Gospodarze bez żenady rzucają naszym koleżankom za ten nocleg drakońską kwotę, solidarnie wszyscy negocjujemy i staje na sumie wielokrotnie niższej. Warto było spróbować. Do końca wyjazdu, za wszystkie noce w jurtach dziewczyny płacą już tę samą kwotę. Pierwszy nocleg wyznacza zarobek dla gospodarzy wszystkich kolejnych obozowisk. Takie zasady zorganizowanej wycieczki, podczas której pośrednikiem jest niewątpliwie nasz kierowca.

QG8A3215-1 (Kopiowanie)

Nawiedzone dziecko

QG8A3200-1 (Kopiowanie)

Drugiego dnia w jurcie spotykamy Holendra. W kraju studiuje historię Mongolii i by poznać ją lepiej zatrudnił się u rodziny i pomaga im w codziennych pracach. Dogląda bydła, fermentuje mleko i śmiesznie się ubiera. Wyższy poziom hipsterki, bez fejsbuka i instagrama, bo na odludziu trudno o zasięg. Zaniepokoiło nas, że po raz drugi docieramy do obozowiska, gdzie mamy spać, w środku dnia. Od dziś będziemy monitorować ilość kilometrów do kolejnego pit stopu. Gobi jest rozgległa. Rozpoczyna się wcale nie tak daleko od Ułan Bator i ciągnie pod granicę z Chinami. Jednak wszystkim zależy by dotrzeć na piaszczyste wydmy. Fajnie, że pustynia to nie tylko piach, ale naprawdę nikogo nie interesuje powtórka z geografii. Chcemy piachu.

QG8A3919-1 (Kopiowanie) QG8A3287-1 (Kopiowanie) QG8A3278-1 (Kopiowanie)

Wszystkie te widoki po drodze, kiedy już dojdziemy do siebie po wyboistej przeprawie, którą część z nas zawsze spędza tyłem do kierunku jazdy na kanapie vana, są niezwykłe. Przestrzeń, górki, kaniony. Odżywamy, maszerujemy, marźniemy i emocjonujemy się. Ale wciąż tęskno nam za prawdziwą pustynią. Jesteśmy już naprawdę blisko. Może nasza tęsknota jest nieuzasadniona, w nocy rozpętuje się wichura i rano budzimy się przysypani piaskiem. Wdarł się pod tropikiem przez moskitierę do środka namiotu. Wieje tak mocno, że trudno się spakować i otrzepać z piachu. Ale to ostatnia noc przed piaszczystą Gobi pokonuje nas naprawdę. Zimny wiatr zniechęca nas do rozstawienia namiotów. Tym razem wraz z Francuzem dołączamy do dziewczyn i pytamy o nocleg. Nie ma jurt, są cztery ściany. Wybitą szybę zasłaniamy kołdrą, zbieramy szkło z podłogi, rozkładamy nasze materace i śpiwory. Odpalamy kuchenki, otwieramy wódkę i zanosimy się śmiechem. Nie możemy złapać oddechu, komizm tej sceny rozkłada nas kompletnie. Szwajcarka, Austriaczka, Francuz i my- kurde no, bardziej z zachodu niż z trzeciego świata- Polacy, gnieździmy się w jakimś posklejanym byle jak domku letniskowym, jak bezdomni. W przeciwieństwie do bezdomnych, zobowiązani za ten biedaluksus zapłacić. Niewiele, ale jednak. Przetrwamy tę noc, choć zimno i tak da nam się we znaki. Następnego dnia docieramy na wyczekaną pustynię.

QG8A3547-1 (Kopiowanie)

Nasz biedaszyb

Po drodze spotykamy przewodników prowadzących podobne wycieczki po Gobi. Mongołka żartuje, że jest z Chin. Ha-ha. To byłoby nawet śmieszne, ale ten sam dowcip słyszeliśmy już w hostelu w Ułan Bator. Mamy możliwość przejechania się na wielbłądach. Mongołka podaje cenę, a my wszyscy kręcimy nosem. Aż tak bardzo nam nie zależy. W porządku, zapłacicie mniej za swoje wielbłądy, ale pokryjecie koszt przewodnika. Bez sensu, na jedno wychodzi. Dobra, to nie zapłacicie za niego, ale zrzucicie się na tipa. Nadal na jedno wychodzi. Porażeni tą ścieżką negocjacyjną zrezygnowaliśmy z wyprawy na wielbłądach przez pustynię. Wspięliśmy się na wydmy sami i był to najlepszy dzień całej wyprawy. Wdrapaliśmy się na piaszczystą górę jak na szczyt w Himalajach. Zjedliśmy obiad z puszek gdzieś pomiędzy sypkimi wzgórzami, dołączył do nas kundel, natknęliśmy się na węża, urządziliśmy sobie konkurs skoków w piach i zachwycaliśmy się krajobrazem jak dzieci piaskownicą. Wielka pustynna piaskownica oddała nam z nawiązką każdą niedogodność przeżytą w drodze na Gobi.

QG8A3815-1 (Kopiowanie)

Piaszczyste Gobi

QG8A3811-1 (Kopiowanie) (2) QG8A3784-1 (Kopiowanie) (2)

Gdy pustynna część naszej wyprawy była przeszłością, chcieliśmy jak najszybciej być z powrotem w Ułan Bator. Znów patrzyliśmy naszemu kierowcy na ręce. Następnego dnia zatrzymał się w opuszczonym turystycznym (w sezonie) obozowisku, co wzbudziło nas sprzeciw. Jeszcze długo do zachodu. Jedźmy dalej! Gamba, nasz kierowca, odmówił, następny check point za daleko. Rzeczywiście, kolejnego dnia jechaliśmy bardzo długo. Podejrzewaliśmy nawet, że kierowca robił kółka, by udowodnić nam, że nie mógłby tej trasy zrobić na raz dzień wcześniej. Mimo wszystko, szukaliśmy uzasadnienia postoju. -Może padać deszcz, może sypać śnieg, wszystko może się zdarzyć. To jest Mongolia – cierpliwie tłumaczył Gamba.

Do Ułan Bator zajechaliśmy czując ulgę. Mimo wszystko, podróż na Gobi bardzo nam się podobała i znieśliśmy ją w dobrej kondycji. Kolejna próba charakteru za nami. Co więcej, nie mieliśmy się dosyć i po dziewięciu dniach spędzonych razem z przyjemnością udaliśmy się na pożegnalny obiad. Wszyscy wyruszaliśmy dalej do Chin, oddzielnie, ale z nadzieją, że może jeszcze nasze drogi się przetną, w Państwie Środka albo w Nepalu. Sprawdzeni towarzysze to być może najważniejszy element podróżniczej układanki.

300x165-tekstRoku




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com




Wcześniejszy wpis
Mongolio, tyle przegrać
Kolejny wpis
Następny przystanek: Chiny



Sprawdź również:




Czytaj więcej
Mongolio, tyle przegrać Pomnik Chinggis Khana w centrum miasta powinien napawać smutkiem a nie dumą mieszkańców Ułan Bator. Tyle przegrać, myślałbym widząc go codziennie w drodze do pracy, zwłaszcza gdyby było nią czyhanie na portfele nieuważnych turystów.