Rozgrzewka – na rowerze przez pustynię w Gansu

4 lipca 2015  By nakreceni.in 
3


Bardzo sumiennie odwiedzaliśmy chińskie sklepy trekkingowo-rowerowe uzupełniając sprzęt i kupując na zaś potencjalnie szybciej zużywające się elementy naszych dwóch kółek, by móc je w razie czego samemu wymienić. Wprawdzie nie wiemy jak rozkuć łańcuch, ale mamy jeden nowiusieńki w sakwie. Dobrze uzupełnia się z dwoma zamontowanymi w nowiusieńkich przecież rowerach. Kombinowaliśmy dalej, może jakieś filmy i poradniki pościągamy, o rozkuwaniu łańcucha właśnie. Mamy do tego klucz w naszym multitoolu. Mamy też tam otwieracz do piwa, producent zadbał o to, by nowi użytkownicy poczuli się lepiej rozumiejąc zastosowanie przynajmniej jednego narzędzia. Chińczykom zostawiliśmy na stacji kolejowej naszą pompkę, by już jej nie odzyskać i musieć szukać nowej. Sprytne, ale nie zyskaliśmy na tym wiele czasu. Te próby sabotażu naszego startu miałyby szansę powodzenia gdyby któreś z nas zdecydowało się na samodzielną wyprawę. A tak, nikt nie chciał być winny, więc zamiast kolejnego turnee po sklepach nastał ten czas grozy, nakręcania pierwszych kilometrów. Obstawialiśmy trzeźwo, że będzie to znacznie trudniejsze niż wrzucenie uśmiechniętego zdjęcia znad roweru do sieci i początek mile nas jednak zaskoczył!

Potrzebowaliśmy rozgrzewki. Ale nie, że przysiad, podskok i pajacyk, tylko takiej rozgrzewki wprowadzającej nas w klimat wielogodzinnego pedałowania. Duże przewyższenia były zatem nie wskazane, podobnie jak nieubita nawierzchnia, wiatr w twarz i niewygodne siodełko. Początek naszego podążania Jedwabnym Szlakiem wyznaczyliśmy z Zhangye, przez które dawniej rzeczywiście przetaczały się karawany towaru zmierzające do lub z Chang’an (dzisiejsze Xi’an). Podczas planowania trasy okazało się, że da nam to długą rozbiegówkę, bo pierwszych kilkaset kilometrów trasa lekko zjeżdżała lub biegła po płaskim. A po płaskim to nasze rowery pomimo obciążenia na wszystkich (dwóch) kołach szły całkiem lekko. Z górki włączał nam się dopalacz jak antylopie spieprzającej przed lwem. Dwudziestoośmiocalowe koła, opony twarde jak kamień i równomiernie rozłożone kilogramy- bardzo zgrany zestaw na pokonywanie długich dystansy w sprzyjających warunkach. Nachylenia nawet niewielkie dawały nam się oczywiście we znaki, ale i tak radziliśmy sobie z nimi lepiej niż Syzyf z kamieniem, no a to przecież dopiero rozgrzewka.

Zhangye-2448 5 Zhangye-2442 4 Zhangye-2415 2

Jak jedzie się na rowerze przez pustynię?

Rozgrzewka! Dobre określenie na pedałowanie przez pustynię. Faktycznie grzeje, dobrze, że przynajmniej krajobraz monotonny, bo gdyby widoki też rozgrzewały do czerwoności to mogłoby być z nami marnie. Po prawej nic, po lewej góry, niezbyt wyraźne, ale imponujące, są nawet ośnieżone szczyty, nasza trasa idzie na około 1800 metrów npm, więc patrzymy pewnie nawet na czterotysięczniki. Przed nami nic, za nami po pięćdziesięciu kilometrach też już nic. Ania i Robb Maciąg w swojej książce o rowerowej wyprawie Jedwabnym Szlakiem w przeciwnym kierunku opisywali wrażenia innych pustynnych śmiałków: To co widzieliśmy przez okno, ten jednokolorowy, godzinami niezmienny krajobraz, gotów był nas zmusić do poszukiwania drzewa, jakiejś gałęzi i sznura. Na szczęście dla innych, tych bardziej upartych, którzy poważyli się przemierzyć sami pustynię, o takie drzewo nie było wcale łatwo.

Tak się jedzie przez pustynię, ale dla nas to wciąż frajda. Tak na oko, przestaje się czuć frajdę dopiero po pierwszym kilogramie spożytego pustynnego pyłu naganianego przez ciężarówki. Po lewej, pomiędzy nami a górami biegnie płatna autostrada, bez wstępu dla rowerów. Nasza równoległa trasa długimi fragmentami również biegnie świetną drogą, bywa, że ze świeżo odremontowaną nawierzchnią. Jesteśmy ostrzegani przez wielkie trucki i autokary donośnym trąbieniem. Zwalniają dopiero gdy się z nami zrównują lub nas wyprzedzą, by rzucić okiem na parę cudaków bez silników. Robią wielkie oczy, machają i pędzą straszyć klaksonem dalej. Nagle zbliża się do nas prom. Prom na pustyni, to byłoby głupie, ale kto inny mógłby mieć taką syrenę ostrzegawczą? To jednak nie prom. Mija nas tir z jakimś niebywale długim elementem na naczepie. Albo tak wygląda element wiatraka, albo Chińczycy budują drabinę na księżyc. Wciąż, to oni są nami zdziwieni bardziej, niż my nimi.

Uroki prowincji Gansu

Im bardziej na zachód Chin, tym trudniej białemu o podróżowanie w trybie incognito. Zwłaszcza w spodenkach z pieluchą na rowerze objuczonym jak nepalski jak. Zainteresowanie ludzi przybiera niezwykle życzliwą formę, a zbiegowisko wokół zazwyczaj ma nieśmiałe początki, lawinę wywołuje dopiero pierwszy odważny, który podejdzie po zdjęcie lub spróbuje zagadać chociaż na tyle, by dowiedzieć się skąd jesteśmy (domyślnie zawsze jest to USA). W nasze przerwy musimy wliczyć czas na sesje zdjęciowe, zwłaszcza idąc do sklepu lub knajpy.

Jedzenie w trasie to zresztą drugie największe wyzwanie na chińskiej prowincji. Pierwszym wyzwaniem jest znalezienie noclegu, a trudy pedałowania zajmują dopiero trzecią pozycję. Trochę uwypuklamy nasze braki w rowerowycm doświadczeniu, ale tak naprawdę doskonale wiedzieliśmy, że to prostsze do nadrobienia niż umiejętność radzenia sobie z inną kulturą, a w tym mamy już na szczęście sporo wprawy. Trzeba też przyznać, że Chińczycy z prowincji Gansu okazali się być nie tylko bardzo serdecznymi, ale również uczciwymi gospodarzami swoich włości. Za każdym razem to podkreślamy, że zejście z turystycznego szlaku najczęściej oznacza zetknięcie się z ludźmi, którym nie przyjdzie do głowy zawyżenie względem was ceny lub jakakolwiek próba naciągnięcia turysty. A w barach nie byłoby o to trudno, w tej części Chin nawet menu obrazkowe to wielka rzadkość, więc zostaje zajrzeć do kuchni lub rozejrzeć się po talerzach innych klientów. Dlatego też staramy się wchodzić do miejsc pełnych ludzi, bo wówczas nasz wybór się poszerza. Na pierwszym przystanku głód co nieco zamazał nam percepcję i zamawiając michę makaronu z dodatkami w zupie, zgodziliśmy się na cenę 20 RMB za porcję. A przynajmniej tak odszyfrowaliśmy znaki dziewczyny z obsługi. Już jedząc uznaliśmy, że poniosło nas, cena powinna być nawet o połowę niższa. W ogóle znajomość cen w Chinach ułatwia życie, najczęściej nawet nie musimy pytać „ile?„, tylko wyciągamy należną kwotę i płacimy. Małe sklepy w Chinach chyba mają zmowę cenową, bo produkty kosztują w nich tyle samo. Tańsze są jedynie supermarkety, a droższe miejsca turystyczne. No to dajemy tejże pani za nasze michy w sumie 20 juanów czekając na reakcję i… odchodzimy z dychą reszty. Głodni dalibyśmy za każdą z zupek cztery razy za dużo. Trzy złote za lunch. Teraz już wiecie, jedzenie w Chinach nie musi być drogie.

W pensjonatach lub hotelach trzeba cenę negocjować, ale i tam nie próbowano ani razu wciskać nam kitu o tym, że tablica z cennikiem za pokoje ma cokolwiek wspólnego z prawda (w Chinach nigdy nie ma). Wystarczyło rzucić okiem na zeszyt, gdzie wpisywane są wpłaty za pokoje, by zorientować się ile płacą Chińczycy i o jaką stawkę należy w związku z tym walczyć. Bariera językowa pozwalała nam dodatkowo nie zostawiać depozytu, bo robiliśmy wielkie oczy, gdy proszono nas w sumie o 200 RMB, podczas gdy ustaliliśmy 80 RMB za noc. W hotelach to nie przejdzie, ale w pensjonatach właściciele są zazwyczaj tak skonfundowani naszą podejrzliwością, że zwyczajnie machają na ten depozyt ręką.

Zhangye-2433 1 Zhangye-2411 3

Meldowanie się w Chinach czyli szukanie noclegu w drodze

Jadąc przez Gansu nie mija się często miast i wsi, więc jeśli chce się mieć alternatywę do spania w namiocie na pustyni, to najlepiej zdawać sobie sprawę co czeka dalej. Samochodem kolejnych 100 niezamieszkanych kilometrów to niewielki problem, ale dla nas na rowerach już spory. Można powiedzieć, że wręcz determinowało to ilość pokonywanych przez nas kilometrów danego dnia. Zawsze udawało się odnaleźć tę jedną noclegownię w miasteczku, choć bywało to wyzwaniem, zwłaszcza gdy pokoje mieściły się gdzieś na drugim piętrze budynku na tyłach małej stacji autobusowej. Niektórzy zamiast wskazywać kierunek woleli nas po prostu w szukane miejsce zaprowadzić. I na nic by się to zdało, gdyby nie dobra wola właścicieli pensjonatów. W Chinach nie ma obowiązku zbierania pieczątek i meldowania się co noc, ale lokale albo są zarejestrowane do obsługi obcokrajowców i mają na to zgodę, albo nie są i zgody nie posiadają. Hoteli w których nie możemy się zatrzymać jest w miastach całe mnóstwo i tam rzeczywiście wam nie pomogą, ale najwyraźniej istnieje furtka, z której korzystają lokalni przedsiębiorcy, właściciele rodzinnie zarządzanych biznesów, jedynych dostępnych opcji noclegowych w mijanych przez nas wioskach. Musicie po prostu zostać zarejestrowani na policji, zrobią to za was gospodarze, z waszymi dokumentami i wypełnioną deklaracją, albo zabiorą was na posterunek, gdzie wypełnicie papiery, odpowiecie na kilka filozoficznych pytań w stylu skąd i dokąd zmierzacie, ubarwicie prowincjonalnym glinom popołudnie, ale w nagrodę będzie czekał przyjemny pokój, prysznic z ciepłą wodą i wygodne łóżko. I trudno powiedzieć czy bardziej krępujące jest siedzenie na posterunku będąc oblepionym pyłem, w rowerowym i niezbyt świeżym stroju po kilku godzinach pedałowania, czy w tym samym stanie załatwianie formalności z elegancką recepcją rzekomo iluś tam gwiazdkowego hotelu, ale jeśli jakiś kraj może nauczyć znoszenia świdrujących spojrzeń całej ulicy lub całego pomieszczenia na sobie, to są to właśnie Chiny!




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Już od paru dniu przeglądam Waszego bloga i muszę przyznać, że wasze artykuły są świetne. Taka wycieczka rowerowa to super pomysł. Też muszę wybrać się w taką podróż rowerową, coś pięknego.

  • ja Was kocham. serio, jeszcze na żadnym blogu podrózniczym czegoś takiego nie napisałam. moglibyście siedzieć w chacie i wychodzić tylko po bułki do sklepu, a i tak przeczytałabym o tym posta kilka razy.

    • IDZIEMY PO BUŁKI!
      To jest w takim razie przykład pięknej odwzajemnionej miłości blogowej. Gdyby istniało takie prawo, to nakręceni prosiliby nieśmigielską o rękę.
      [bardzo cholernie nam miło!]



Czytaj więcej
Jedwabny szlak na rowerze - kulisy Chiny- jedwabny szlak na rowerze- brzmiało to jak dobry początek nowej przygody, wokół której zaczęliśmy się organizować. O powstaniu pomysłu i przygotowaniach piszemy po przejechaniu pierwszych kilometrów!