Chińczycy nie gryzą!

22 grudnia 2014  By nakreceni.in 
0


To naturalne, że odwiedzane miejsca oceniasz przez pryzmat spotkanych cię tam sytuacji, a własne doświadczenia budują przekonania zakorzeniane w głowie jak prawdy absolutne. I dlatego jedni jadąc do Egiptu popijają pięćdzesiątki do obiadu, bo im pomaga, a inni płuczą jamę ustną wyłącznie mineralną, bo czują, że dzięki temu chodzą zdrowi. Na twoje zadowolenie, odbiór odwiedzanych miejsc i ludzi wpłynie zaś głównie wcześniejsze nastawienie i oczekiwania. My do Chin jechaliśmy nie po raz pierwszy, ale wcześniej widzieliśmy tylko Pekin i obrzeża, więc wciąż mieliśmy z tyłu głowy krążące historie, że Chińczycy są wyjątkowo niemili, wpychają się, nie pomogą i jeszcze spluną pod nogi. A jak się o coś zapytasz to uciekną. Chyba trafiliśmy do innego kraju!

Czy Chińczycy są przyjaźni?

Dzień po dniu, na każdym kroku, spotykały nas historie niszczące ten stereotyp w drobny pył. O ile podobała się nam serdeczność Indonezyjczyków, to w Chinach byliśmy wręcz oczarowani. A co z tymi wszystkimi zatrważającymi opowieściami? Ze zrozumieniem stwierdziliśmy, że Chiny zmieniają się najwyraźniej wyjątkowo szybko i że tamte relacje dotyczą przeszłości. Po czym spotykamy różnych ludzi w hostelach i znów słyszymy to samo- że Chińczycy nie pomagają, że niemili, niekulturalni, że trzeba walczyć na każdym kroku, a jak tu walczyć z dzikusami… Najlepiej od razu uciekać do Azji Południowo-Wschodniej!

Nie wiemy jaki jest powód tak odmiennych odczuć, ale ponieważ pamiętamy teorię, że dobrą opinię powtórzysz jednej osobie, a zła trafi do pięciu, postanowiliśmy że w ramach wyrażenia wdzięczności za całą serdeczność będziemy walczyć o dobre imię Chińczyków na świecie. Tak jakby oni się tym przejmowali. Tak, to co możemy o nich powiedzieć na bazie naszych doświadczeń, to że są to ludzie robiący swoje i mający w nosie co kto o nich pomyśli. No bo jak inaczej wychodzić na chodnik z mikrofonem i wielkim głośnikiem, by zawodzić w niebogłosy? Bez publiczności, ani kapelusza na monety. Ot tak, dla siebie.

Sytuację o tym jak dostaliśmy się do Datong już opisywaliśmy. Wtedy zaskoczyła nas ich świetna organizacja i to jak nam próbowali pomóc mimo bariery językowej. Ale to był dopiero początek przyjemnych doświadczeń. W drodze do Pingyao Ania przysnęła w pociągu. Nagle budzi ją konduktor i każe pokazać bilet. Odetchnął z ulgą, że jeszcze nie przegapiła swojej stacji – siedzieliśmy oddzielnie i pomyślał, że podróżuje sama. Innym razem w oczekiwaniu na pociąg, Ania postanowiła sprawdzić poczekalnię. Rzeczywiście było w niej podejrzanie mało osób w porównaniu do ilości oczekującej na zewnątrz, przed dworcem, ale nie było żadnej informacji w zrozumiałym alfabecie, więc usiadła. Nie minęła minuta jak chłopak z grupki młodych osób podbiegł z pytaniem czy wie, że to jest płatne i że jak przyjdzie ktoś z obsługi to będzie musiała wyskoczyć z juanów. Po drodze takiej ich bezinteresownej troski było mnóstwo: zamiana miejscami w pociągu, gdy znów nie siedzimy obok siebie, propozycja pomocy kupna biletów do kina jak patrzyliśmy z ciekawości co wyświetlają, wskazanie gniazdka w wagonie wyższej klasy aby podładować laptopa, zwrócenie uwagi kelnerce, że zamówiliśmy ciepłą kawę, a nie zimną zanim sami zdążyliśmy się zorientować, że obsługa się pomyliła, czy wyjaśnienie że ta Pani co krzyczy z okienka to wskazuje, że nasze zamówienie obsłuży inna kasa, a nie że nas ochrzania. Ta atencja często wymagała od miejscowych wiele samozaparcia i cierpliwości, z uwagi na barierę komunikacyjną.

Czy Chińczycy są uczciwi?

Jednak to co się stało przed wejściem na górę HuaShan sprawiło, że nasze zauroczenie Chinami wskoczyło na wyższy poziom. Siedzimy dopijając kawę i Ania pyta Rafała czy ma bilety. No nie, przecież ty je wzięłaś. No wzięłam. Ale ich nie ma… Szybkie odtwarzanie w pamięci zdarzeń i bieg do łazienki. Nie ma. Ania wraca, zastanawiając się jak wytłumaczy mężowi, że straciła właśnie 300 zł. Nie zdążyliśmy jeszcze się na dobre zdenerwować, jak podchodzi młoda dziewczyna i pyta czy nie zgubiliśmy w łazience biletów. Od ich zostawienia minęło pewnie z pół godziny, a ona czekała aby je oddać! Mieliśmy ochotę ją uściskać!

Oczywiście, nie jest tak, że nie spotkała nas w Chinach żadna nieprzyjemna historia. Dwukrotnie (zaledwie dwukrotnie) podjęto próbę wyciągnięcia od nas kasy. Pierwsza nieudana była wyjątkowo zabawna i pokazująca, że naciągać też trzeba umieć. Wchodząc na górę Heng nie wzięliśmy ze sobą nic do jedzenia, a poczuliśmy lekki głód. Zajrzeliśmy więc do lokalnego sklepiku. Na półkach głównie kurz, ale widzimy dwie zupki chińskie, jakby czekały właśnie na nas. To wprawdzie nie jest standard, ale w wielu niedużych sklepach spożywczych można kupić karton z nudlami do zalania i w cenie otrzymać wrzątek, z zaplecza. Nie raz w ten sposób jedliśmy na krawężniku przy drodze nasz obiad- tani, szybki, a przy dobrym rozeznaniu, akceptowalny smakowo. W mieście taka zupka kosztuje około 4 juanów, ale spodziewamy się że w takich miejscach jest sporo drożej. Pytamy o cenę i cała trójka rzuca się na kalkulator, ale zamiast wstukiwać liczbę patrzą się po sobie i rozpoczynają głośną dyskusję. Ich matka wręcz krzyczy z nieukrywaną ekscytacją w głosie coś w stylu „dawaj, dawaj, okazja życia, te Amerykany zapłacą ile powiemy” a syn wpisuje na kalkulatorze 40. Bez słowa odwracamy się i wychodzimy rozbawieni. No dobra, sróbujemy w drugim miejscu. A tam gość pewnym ruchem wpisuje 110… No nie, to już przesada, a nie wyglądał na pazernego. Tym razem wybuchamy mu śmiechem prosto w twarz i ochodzimy. Goni nas i wpisuje 18. No dobra, niezła obniżka, ale wciąż trochę sporo, zastanawiamy się jak bardzo jesteśmy głodni. A on coś dalej pokazuje i nagle zrozumieliśmy. Jedna zupka 8 juanów! Wcześniej było 10 (1->10 = 110). I tym sposobem niechcący utargowaliśmy złotóweczkę;)

Wszędzie naprawdę wyjątkowo się pilnujemy, aby nie dać się gdzieś przekręcić. Czasem kilkukrotnie wypytujemy o cenę, nieufnie podchodzimy do wszelkich ofert i propozycji. Prawdopobnie w większości przypadków jest to zupełnie niepotrzebne, ale tak to już jest, że wystarczy raz stracić czujność, a akurat trafisz na cwaniaka. Guilin będący przystankiem w drodze do Yangshuo różniło się od wcześniej odwiedzanych przez nas miejsc. Od razu wyczuliśmy turystyczny klimat i to nie taki przyjemny jak w Pingyao, ale bardziej w stylu promenady w Hurgadzie czy naszym Władku. Widać to też po kartach w restauracjach. 30 zł za talerz kluch za osobę? Rozpieszczeni wcześniejszymy cenami idziemy na dalsze poszukiwania. Trafiamy na bardziej lokalną knajpę. W prawdzie menu tylko po chińsku, ale widzimy, że nic nie kosztuje więcej niż 20 juanów, więc siadamy. Na stoliku obok jedzą coś z podgrzewanej patelni, co wygląda zupełnie nieźle, prosimy więc to co Ci państwo. Do tego micha ryżu i dwa piwka. Z bliska danie nie wyglądało już tak powalająco bo składało się głównie ze skóry, ścięgien, kości i śladowych ilości wątróbki. Zjedliśmy to co było jadalne i idziemy płacić. Oceniliśmy, że powinniśmy zapłacić około 40 juanów, ale kobieta z obsługi wpisuje 108. „Danie” z patelni miało kosztować 80 juanów, czyli ponad 40 zł. Pokazujemy, że w karcie nie ma nigdzie takiej ceny. A bo tego dania nie ma w karcie! No tak, oczywiście. Zaczęliśmy od podejścia kumpelskiego, no weźcie nas tak nie róbcie w konia, próbowaliśmy prosić innych ludzi przy stolikach o pomoc, ale Chińczycy solidarnie przyjęli jedną linię obrony. No to daliśmy im 50 i powiedzieliśmy, że więcej nie damy i niech spadają. Zrobiło się jednak bardzo nieprzyjemnie, zbiegło się sporo ludzi, pojawił się właściciel, zaczął straszyć policją, nastąpiła mała przepychanka i w zasadzie mogliśmy albo zapłacić, albo dać komuś w dziub i uciekać. Na gorąco uznaliśmy, że całość nie jest warta naszych nerwów i zapłaciliśmy. Dla własnego komfortu psychicznego niestety trzeba zawsze trzymać gardę i nie zostawiać pola do niedopowiedzeń, nawet jeśli to ciągłe dopytywanie bywa nużącym rytuałem.

Te sytuacje jednak w ogóle nie popsuły nam uczuć do Chińczyków. Przyjmujemy, że ludzie pracujący w usługach są zupełnie oddzielną kategorią i prawie wszędzie na świecie mogą się zdarzyć tacy, co tylko czekają na białego turystę. Są nastawieni na robienie pieniędzy tu i teraz, a skoro nie ma ich na tripadvisorze to co im szkodzi nas oskubać! Komu się poskarżymy? W Europie też częste są historie podawania ultra drogich alkoholi i skubania turystów na grube tysiące, a nie dziesiątki złotych. Trzeba się wszędzie pilnować i tyle. Patrzymy zaś na to jak zachowują i podchodzą do nas ludzie na ulicy. A w Chinach jest to naprawdę wyjątkowe! Nieważne czy jesteśmy w mieście, turystycznej wiosce czy udajemy się w miejsca gdzie turysta zbyt często nie zagląda zawsze są nami zainteresowani. Z daleka Cię wypatrzą, pomachają i zachęcą abyś podszedł. Pewnego razu Ania ledwo się wybroniła przed zaśpiewaniem w parku przed zgromadzonym tłumem. Przed graniem w pinponga w parku z lokalsami się nie broniliśmy. Robili nam zdjęcia, machali, uśmiechali się, próbowali zagadywać tak jak potrafią. Dość często słyszeliśmy „welcome to china”, „nice to meet you” czy proste „hello”. Zaczepiali nas starzy i młodzi. Cieszą się, że przyjechałeś podziwiać ich piękny kraj. Bo przecież jakby nie był najpiękniejszy, to po co byś przyjeżdżał?! Wyraziła to dokładnie tymi słowami dziewczyna na recepcji jednego z hosteli, gdy Anglik się z nią przekomarzał, że przecież nie wszystko w Chinach jest najwspanialsze na świecie. Jeśli by nie był, to po co byś się tu zjawiał? Lubimy tę ich dumę narodową!




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Himalaje okiem Nakręconych - Film z naszej wyprawy! 17 niesamowitych dni w Himalajach spędzonych na trekkingu po Parku Narodowym Sagarmatha, ujętych w jednym filmie.