Co to za uczucie co za stan – prom na Palawan!

29 marca 2015  By nakreceni.in 
0


Złośliwość filipińskich kierowców nie zna granic, więc z Banaue do Manili dotarliśmy błyskawicznie i zamiast drzemać w autobusie, od 4 rano drzemaliśmy na małej prowizorycznej stacji autobusów. Pierwsze promienie słońca odsłaniają brzydotę Manili, pozbawiając ją zarazem aury niebezpieczeństwa. Nim wskoczymy w jeepneya, który podrzuci nas do portu, włóczymy się po ulicach by wydrukować i skserować wszystkie papiery wymagane przez przewoźnika promu na Palawan. Trochę to brzmi niebywale, że musimy im przedstawić po kilka kserówek dowodów, biletów i frontu karty kredytowej, ale w Azji kochają przystawiać pieczątki, więc pomimo powątpiewania wszystko szykujemy. I przydało się, każdy jeden świstek. Makulatura gromadzona podczas jednego rejsu wypełnia linii 2GO cały kontener. Za wszystkie druki zapłaciliśmy dosłownie kilkanaście groszy. Tyle kosztuje życie w biednych rejonach Filipin. W dzielnicy Makati, która przygarnęła biznes i zamknięte osiedla zamożnych, za to samo płaciliśmy nawet dziesięć razy więcej.

Ostatni jeepney odstawia nas przed bramą portu, zostaje do pokonania przejście dla pieszych na kilkupasmowej jezdni. I momentalnie zjawiają się przy nas kierowcy trójkołowców oferujący podwiezienie nas do portu. Akty desperacji to codzienna droga pokonywana przez bardzo wielu Filipińczyków.

Załadunek na prom odbywa się sprawnie, bo rozpoczyna się wiele godzin wcześniej. Statek jest całkiem elegancki i obecnie oferuje kabiny i dwie klasy otwartej sali: oszcędnościową (prycze w przedziale bez ścian) i- a jakże- turystyczną, czyli ładniejsze prycze w klimatyzowanym pomieszczeniu. Cena biletu obejmuje trzy posiłki dziennie i wiele płatnych dodatków: począwszy od szaszłyka do obiadu, przez możliwość ładowania sprzętów i na wypożyczeniu pościeli czy koca kończąc. Z pościelą mieliśmy drobne przejścia. Zamiast kaucji obsługa zatrzymuje sobie dowód tożsamości (oczywiście zostawiamy niewiele warty poza UE dowód osobisty, a nie paszport), a nam nie przyszło do głowy by ruszając się z łóżka chronić i zawsze ze sobą zabierać coś więcej, niż plecak z elektroniką. W połowie drogi do Puerto Princesa zawinęlismy do portu Coron, gdzie wysiedli prawie wszyscy turyści. Zniknęli turyści i zniknęła też pościel Rafała. Nie łączylibyśmy tych dwóch faktów, gdyby nie to, że turystów zastąpili miejscowi, którzy mogli nie widzieć sensu płacić za pościel, za to chętnie by z niej skorzystali. Rafał odpuścił sobie wszczynanie śledztwa i wyłożył kawę na ławę obsłudze:

Gwizdnęli mi pościel! Była, nie ma. Nie schowałem jej nigdzie, ani nie wyniosłem, dajcie mi nową, pewnie nie skorzystam, bo zostało kilka godzin i nie jestem śpiący, ale potem bez pościeli nie oddacie mi dowodu i ja będę musiał komuś gwizdnąć. – Dziewcze strasznie się zmieszało i wskazało na kary umowne za zgubioną pościel.

No ale tłumaczę przecież, że ja nie zgubiłem pościeli, ktoś na waszym statku mi ją zabrał, tak więc zgłaszam kradzież i występuję o nową pościel. – Dziewczyna po konsultacjach wydała nową pościel. Przeleżała ona bezpiecznie na łóżku śpiącej Ani i na koniec rejsu została wymieniona na dowód. Co nie zmienia faktu, że po raz pierwszy w trakcie tej podróży ktoś nam coś ukradł.

Grunt, że się dogadaliśmy. Z naszych doświadczeń wynika, że z Filipinami to jest tak, że ten angielski nie zawsze rozwiązuje wszystkie bariery komunikacyjne. Nie narzekamy, nic podobnego, to absolutnie ułatwia załatwianie wszelkich spraw, ale nie oczekujcie, że skoro angielski jest tam urzędowym językiem to będzie jak w Stanach czy Australii, że przyjedziecie, zagadacie i po krótkiej konwersacji wszystko będzie jasne. To inna liga. Raczej kosmiczny mecz, niż NBA, choć Filipińczycy bardzo by chcieli grać w NBA.

Atrakcje na promie nie opierały się wyłącznie na dialogach z obsługą. Płynęliśmy w walentynki i przewoźnik tego nie przegapił. Zorganizował karaoke i zabawę w speed dating. Wszystko na należytym azjatyckim spontanicznym luzie, czyi bez ładu i składu, ale każdy dobrze się bawił. I tylko biedne uszy czasem więdły.

Palawan-3572 [720b] Palawan-3549 [720b]  Palawan-3562 [720b]Palawan-3545 [720b] Palawan-3539 [720b]

Do Puerto Princessa przycumowaliśmy prawie o północy, więc nie pozostało nic innego jak znalezienie noclegu na te kilka godzin, a do naszego celu, czyli miejscowości Sabang ruszyć z samego rana. Z reguły nie do końca jesteśmy przekonani do podróżowania trójkołowcami. Mimo, że kwoty są niewielkie to odległości przeważnie też nie i przez to nigdy nie wiemy jak bardzo daliśmy się, nomen omen, wykołować. Idąc z plecakami ciężko o wtopienie się w tłum (Rafał twierdzi, że to przez noszenie sandałów i gdybyśmy mieli klapki lub japonki lokalsi nigdy nie zorientowaliby się, że nie jesteśmy jednymi z nich), więc zawsze stajemy się łatwym potencjalnym celem. Tym razem zamiast odpuścić korzystanie z tej opcji transportu, negocjowaliśmy do końca, czyli do momentu gdy kwota wydała się odpowiednia względem krótkiego odcinka przejazdu. Jakie było nasze zdziwienie, gdy droga z zakładanych przez nas pięciu minut przeciągnęła sie do dobrych dwudziestu. Przez krótką chwilę wręcz złapały nas wyrzuty sumienia, że tak naciągnęliśmy naszego kierowcę, ale dobrze wiemy, że po prostu wreszcie zapłaciliśmy uczciwą stawkę. Problem Filipińczyków jest taki, że wolą zmarnotrawić kolejne godziny na staniu i czekaniu na klienta lub wziąć kogoś swojego za grosze, niż pójść na ustępstwa cenowe z białym. W ich głowach to się nie kalkuluje. Albo nie godzi. Nasz driver nie sprawiał wrażenia jakby czuł się transakcją oszukany i dostarczył nas nawet nie pod bramę dworca, a prosto pod drzwi prawie odjeżdzającego autobusu. Do Sabang można dojechać prywatnymi jeepami Lexus (choć samochody to Toyoty, ale nie bądźmy drobiazgowi) lub trzy razy tańszym i dziesięć razy ciekawszym publicznym autobusem. Uradowani, że w ostatniej chwili zdążyliśmy i zaoszczędziliśmy sobie dwóch godzin czekania na następny pospiesznie wrzuciliśmy plecaki na dach i wcisnęliśmy się na dwa ostatnie wolne miejsca. Zrelaksowani wyciągneliśmy nogi na kartony przed sobą, które w odpowiedzi zaprotestowały głośnym pianiem. Poza obecnym już na pokładzie inwentarzem żywym, dosłownie co 100 metrów autobus doładowywano kolejnymi towarami. Na stacji benzynowej doszły nam setki litrów paliwa w kanistrach. Staliśmy się bombą na kółkach. ISIS czyta i zazdrości!

Palawan-3674 [720b] Palawan-3661 [720b] Palawan-3638 [720b] Palawan-3619 [720b] Palawan-3606 [720b]Palawan-3628 [720b]

Podróż lokalnym autobusem zajęła zdecydowanie dłużej niż przypuszczaliśmy, a po pół roku w Azji naprawdę nauczyliśmy się nie podchodzić do kwestii szacowania czasu przejazdu zbyt optymistycznie. Ale jak tylko wysiedliśmy w Sabang wiedzieliśmy, że było warto. Wymieniliśmy spojrzenia, które mówiły jednoznacznie zostajemy tu na dłużej.

Palawan-3676 [720b]




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com




Wcześniejszy wpis
Manila: witaj w slumsie
Kolejny wpis
Sabang skrywa cud natury



Sprawdź również:




Czytaj więcej
Manila: witaj w slumsie Stolica Filipin obudziła mojego Mrocznego Pasażera, wywołała we mnie uczucia skomplikowane. Mieszankę szoku i obrzydzenia, nie całkiem zresztą uczciwie, bo przecież nic szczególnie nieprzyjemnego mnie nie spotkało.