Jak nie polecieliśmy na Palawan, czyli nasz prywatny szczyt głupoty

20 lutego 2015  By nakreceni.in 
4


Pozwolimy sobie na małą podróż do przyszłości, która i tak już się wydarzyła, ale dla blogowych wydarzeń to wciąż skok w czasoprzestrzeni.

Jesteśmy w Legazpi. Meldujemy się w jakiejś, bez przesady, norze. To nic, bo jest wyjątkowo tania, a sypialiśmy już w przepłaconych norach. Co więcej, noclegi na Filipinach są najgorszymi podczas całej podróży po Azji. Przynajmniej do tego momentu, później będzie lepiej. Mamy za sobą kilka męczących dni podróży drogą lądową i morską z Camiguin przez Mindanao, Leyte i Samar na południowe krańce wyspy Luzon; zaliczyliśmy też kilka niesamowitych przeżyć, o których w następnych wpisach wam opowiemy. Internet działa słabo, łącze rwie się i jest wolne- kolejna typowo filipińska przypadłość. Zostały nam dwa tygodnie w tym bardzo pięknym i wciąż dość trudnym do podróżowania kraju. Chcemy je zaplanować. Za mniej więcej dobę dotrzemy do Manili i stamtąd najlepiej byłoby ruszyć na wyspę Palawan, a po niej ostatnie dni spędzić na północy Luzon, skąd w każdej chwili jesteśmy w stanie przemieścić się na stołeczne lotnisko i złapać nasz lot do Jakarty. Na Palawan pływa raz w tygodniu prom- wygodny i przystosowany do przewozu lubiących wygody turystów z zachodu. To rozsądne rozwiązanie, ale przeprawa zjada półtorej doby, a do tego musielibyśmy na nią czekać dwa dni w Manili lub gdzieś po drodze. Sprawdzamy loty do stolicy Palawanu, miasta Puerto Princesa. Są zdecydowanie zbyt drogie, blisko cztery razy droższe niż prom. Pewnie gdyby kupić je znacznie wcześniej, załapać się na promocje, to by nam się opłacało, ale takie planowanie do przodu strasznie wiąże ręce. I tak, żeby trzymać budżet w ryzach, kupujemy loty do kolejnych krajów z wyprzedzeniem i zawsze kręcimy nosem, że przydałoby się jeszcze kilka dni więcej, kochamy swobodę wyboru miejsc i kierunków. Słyszeliśmy jednak, że na północy Palawanu jest jeszcze inne lotnisko. Patrzymy na mapę uwzględniającą większe miasta i porównujemy ją z listą destynacji lokalnej linii Cebu Pacific. I jest, Roxas! Pasuje doskonale, a cena za bilet taka sama jak za prom, kupujemy bez zastanowienia i ozdabiamy twarze szerokim uśmiechem. Podróżowanie w dobie internetu jest takie proste, wszystko przychodzi nam niespodziewanie łatwo!

Docieramy do Manili. Meldujemy się późnym wieczorem w hostelu i znów zaglądamy do internetu. Chcemy sprawdzić jak dostać się z lotniska do miasta. Strony ładują się wolno i piksel po pikselu odsłaniają niechcianą prawdę. Tego jeszcze w podróży nie zrobiliśmy. Taki fuck up- miejmy nadzieję- może zdarzyć się tylko raz. Kupiliśmy bilety, mamy lot, ale nie polecimy na Palawan. Bo nie kupiliśmy biletów na Palawan. Tak jak nie jednemu psu burek, tak i niejednemu miastu na Filipinach Roxas. Gdybyśmy wsiedli na pokład Cebu Pacific kolejny dzień zastałby nas na wyspie Panay, gdzie byliśmy już przejazdem w drodze z Boracay na Cebu. Zgubiła nas ta pozorna łatwość, z jaką przychodzi nam podróż. A prawda jest taka, że wiąże się ona z ogromną pracą wykonaną na poziomie rozpoznania, wielu godzin spędzonych w sieci i na rozmowie z ludźmi, by zebrać wszystkie potrzebne nam informacje. Docieramy do źródeł podobnych historii, nie my pierwsi i pewnie nie ostatni kupiliśmy lot do niewłaściwego Roxas. Nim jeszcze szok i niedowierzanie przemienią się w złość sprawdzamy prom. Na najbliższy rejs wszystkie miejsca wyprzedane. Teraz już nic nie tamuje złości, ta wypływa nawet uszami.

Przepadło 300 złotych, przepadło trochę czasu, ale mimo wszystko nasz plan nie posypał się aż tak bardzo. Zamieniamy kolejność, następne dni spędzamy na północy Luzon, a bilety na prom kupujemy na kolejny tydzień. Nie zasypiamy łatwo tej nocy. Niby nie straciliśmy dużej kwoty, ale biorąc pod uwagę fakt, że od trzech tygodni nie mieliśmy noclegu z ciepłą wodą, że wybieramy zatęchnięte nory zamiast pensjonatów i że na Filipinach ani razu nie wybraliśmy się na smaczny restauracyjny obiad (poza zaproszeniem na Cebu), to można zrozumieć naszą frustrację.

Złość na szczęście minęła szybko, bo chociaż nie nastawiamy się na porażki, to naszą codzienną nagrodą za niewygody są te wszystkie niesamowite miejsca, które odwiedzamy i za nic byśmy ich nie wymienili. Filipiny przyniosły nam mnóstwo wrażeń i z łatwością odnaleźliśmy w sobie siłę by wybaczyć tę wpadkę. Wybaczyć nie Filipinom, ale sobie, wierząc (oby nie naiwnie!), że to jedyna tak dotkliwa na naszej drodze.




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Camiguin: wulkan Hibok Hibok zdobyty! Camiguin naprawdę zachwyca. Bardzo żałowaliśmy, że krajobrazu nie można pokroić nożem, nadziać na widelec i schrupać, żeby nasycić się nim na dłużej.