Miasto Cebu – nie takiego powitania się spodziewaliśmy

28 stycznia 2015  By nakreceni.in 
1


Z promu wysiedliśmy prosto w niekończący się gęsty tłum ludzi. Nie szli, a stali na zamkniętej dla ruchu ulicy i wszyscy skierowani byli twarzami w jedną stronę. Nie trafiliśmy na sobotni poranny targ, ale na sobotnią poranną mszę odprawianą w cebuano (odmiana filipińskiego z regionu Visajas). Zamiast robić zamieszanie i przeciskać się dalej, usiedliśmy w śniadaniowni bardzo chcącej i bardzo nie potrafiącej imitować podobne lokale z Hong Kongu i z boku obserwowaliśmy wiernych, którzy właśnie wznosili w powietrze prawą rękę wykrzykując coś motywacyjno-bojowego. Nabożeństwo dobiegło końca, lokal zapełnił się do ostatniego krzesełka, więc uznaliśmy, że czas przemieścić się dalej w poszukiwaniu wi-fi, które pomogłoby nam znaleźć kurs nurkowy dla Ani i przy okazji nocleg dla nas. Wedle rozpiski, za moment zaczynała się kolejna msza, po angielsku, kościół już pękał w szwach i ruch pieszych ponownie stawał się coraz mniej płynny. Przycisnęliśmy bagaże mocno do siebie; już wysiadając z promu starszy Filipińczyk ostrzegł nas, że miasto Cebu to mekka kieszonkowców, a pewnie nie tylko, skoro niedawno zastrzelono tu policjanta z jego własnej broni. Pilnowaliśmy się podwójnie. Nowe miejsce zawsze wymaga od nas krótkiej adaptacji, wcześniej bowiem wszyscy wydają nam się podejrzani.

Znaleźliśmy sieć, wynotowaliśmy potrzebne nam numery telefonów, kupiliśmy kartę SIM, dodzwoniliśmy się do Anglika prowadzącego kursy nurkowe i oferującego zakwaterowanie u siebie, ustaliliśmy z nim szczegóły. Wyszło na to, że mieliśmy pół dnia dla siebie, nim nurek wróci i będziemy mogli się do niego wprowadzić. Mogliśmy znaleźć kantor z korzystnym kursem wymiany walut i turami rozejrzeć się po centrum Cebu, by na własne oczy przekonać się o miłości Filipińczyków do galerii handlowych. To że każdej w wejściu strzeże ochroniarz dokonujący osobliwej kontroli polegającej na poklepaniu krótkim kijkiem po krzyżu i zajrzeniu na wierzch torebki lub plecaka, nie zniechęca miejscowych do odwiedzin i długiego przechadzania się galeryjnymi alejkami. To druga najważniejsza religia na Filipinach, religia wyznawców zakupów. Przy każdych schodach umieszczono też wizerunek papieża Franciszka pozdrawiającego wiernych i ich wierne kopie. Dość szybko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie jest to kraj, w którym warto spędzać czas w miastach.

Ponownie byliśmy z plecakami na ulicy na tropie lokalu, w którym tym razem moglibyśmy podładować komputer i w spokojniejszej atmosferze zabić trochę czasu. Wydostaliśmy się z największego tłoku i po kilkuset metrach natrafiliśmy na punkt, który podpowiadała nam mapa w telefonie. Starbucks. Z lekkim wahaniem, bo co ciekawego może spotkać nas w Starbucksie, ale postanowiliśmy się tu zatrzymać. Cena latte zawiera bezpieczeństwo, komfort, gniazdko i zazwyczaj wi-fi, ale akurat nie na Filipinach, gdzie za dostęp do sieci trzeba dopłacić. Pod wejściem starszy Anglik zagaił nas, żebyśmy bardzo uważali z rzeczami, bo to złodziejskie miasto. Po kilku minutach podszedł do Ani i tłumacząc swą troskę posiadaniem córki w podobnym wieku, podał swą wizytówkę (trener boksu) i zaoferował, by w razie problemów się z nim skontaktować. I żebyśmy koniecznie jak najszybciej pozbyli się tych plecaków, bo to strach. Drugą stroną ulicy szła akurat parada głośno wybijając rytm na bębnach i wydmuchując wesołe dźwięki na trąbach, ale Ani skutecznie wybito z głowy wychodzenie z aparatem na ulicę. W tym czasie Rafała w toalecie zaczepił ochroniarz wypytując o nasze plany i oferując się jako taksówkarz. – Musisz koniecznie podejść do mnie po namiary, bo jak gdzieś jeździć to tylko ze mną. – WHY? – zapytał trochę zbyt szczerze Rafał, a ochroniarz-taryfiarz uciekł od odpowiedzi pozostając przy sprawdzonych formułkach, że wszędzie nas zabierze i żeby się odzywać. Coraz zabawniejsze robiło się to miasto.

Drugą wizytówkę z ofertą pomocy zdobyliśmy kilkanaście minut później. Siedzieliśmy obok dość młodej dziewczyny i jej kilkuletniej córki, które zwróciły uwagę na koszulkę Rafała z Yosemite. To już któryś raz w podróży kiedy nawiązujemy kontakt dzięki temu t-shirtowi. Kalifornia przełamuje wszelkie lody, najwyraźniej jak się tam było, to chce się o tym mówić na głos. I Kalifornia na to zasługuje! Kobieta, najwyraźniej starsza niż wskazywały na to jej rysy, jest dyrektorem sprzedaży banku i z chęcią nam pomoże jeśli byśmy czegoś potrzebowali (tu następuje wręczenie wizytówki). A na dobry początek radzi nam uważać, bo w mieście kradną. Ona sama nie nosi biżuterii, a lepszy telefon zostawia w pracy lub w domu. W Cebu zanim kogut zapieje, trzy razy zostaniesz ostrzeżony przed złodziejstwem! Rozmowa się klei, kobieta udostępnia nam swój bezprzewodowy internet i wyjaśnia, że ta parada to na rozpoczęcie tygodnia festiwalu Sinulog, wielkiego cebuańskiego święta na cześć dzieciątka Jezus zakończonego procesją, konkursem grup tanecznych i fiestą, które odbędą się w kolejną niedzielę w mieście. W naszych głowach zapala się światełko i już wiemy jak spędzimy następny weekend!

W kawiarni zjawia się starsza córka, osiemnastoletnia Maria, i nasz wspólny stolik rozkręca się na dobre. Nici z pisania, ale poznajemy ciekawych miejscowych więc mamy równie wiele pytań do nich, co dziewczyny do nas. Nawet najmłodsza aktywnie się udziela, obie siostry fantastycznie mówią po angielsku z amerykańskim akcentem, widać po nich, że chodzą do nie byle jakich szkół, latają do Stanów i nasiąkają tamtejszą kulturą. Są niesamowicie otwarte i wyluzowane w granicach dobrego wychowania. Ich mama przy nich milknie i chyba z zadowoleniem obserwuje swoje córki w akcji. Poza nimi ma jeszcze dwóch synów. Piąte dziecko zmarło tuż po porodzie, co skwapliwie wykłada nam ośmiolatka. Wybierają się do Ayala SC największego centrum handlowego Cebu i proponują podwózkę. To po drodze do miejsca, gdzie będziemy spać, więc po chwili zastanowienia wychodzimy razem z nimi. Pakujemy się do siedmioosobowego vana i pytamy o języki. Po filipińsku, czyli w tagalog to dziewczyny w zasadzie nie mówią. Łatwiej jest im dogadać się z Amerykaninem niż z Filipińczykiem z Manili. Cebu leży w regionie Vissaya i na wyspie mówi się w języku cebuano. Maria na studia została na Cebu, ale jej koleżanki porozjeżdżały się w poszukiwaniu możliwości; do Manili, do Australii, a nawet do Stanów. Teraz kontaktuje się z nimi za pomocą snapchata i jest bardzo podekscytowana, bo niektóre zaplanowały przyjazd na festiwal. Sinulog jest w mieście bardziej celebrowany niż Boże Narodzenie i Nowy Rok razem wzięte. – Wszyscy się tu zjadą i będą świętować na ulicach! – przekonuje nas, choć wcale już nie musi, by my wiemy, że absolutnie nie możemy tego przegapić!

W Ayala umówiliśmy się na odbiór bagaży z samochodu za godzinę i skupiliśmy się na szukaniu mapy Filipin, bez której nie szło nam planowanie dalszej trasy. Po godzinie dziewczyny nie puściły nas tak łatwo i zarządziły, że zanim pojedziemy to zabiorą nas na obiad. A potem odwiozą, bo taksówkarze to oszuści, a one trochę się martwią, że my wybieramy się na obrzeża pod jakiś prywatny adres i wolą to z nami sprawdzić. Wiecie, jak ktoś zabiera was do dobrej knajpy, zwłaszcza na Filipinach, gdzie tanio a smacznie najeść się nie da, to krzyczycie w duchu „TAK!” i nawet nie znajdujecie siły na okazanie lekkiego chociaż zakłopotania. Wspaniała uczta przekonała nas, że najlepszym kulinarnym wyborem na Filipinach jest pójście do dobrej tajskiej restauracji. Cebu miało się na nas rzucić i ogołocić z kosztowności, a zamiast tego podarowało nam kilka godzin z niezwykle przyjaźnie nastawionymi do nas ludźmi, którzy niczym rodzina zadbali o to, byśmy wywieźli stamtąd wyłącznie dobre wspomnienia!




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Musicie mieć dobre fluidy bo po raz kolejny przyciągacie przyjaznych ludzi :)



Czytaj więcej
Walka z czasem, czyli prom z Boracay na Cebu Zmierzaliśmy na Cebu i biorąc pod uwagę drogę, którą mieliśmy do pokonania tego dnia, Boracay opuściliśmy zdecydowanie w za małym pośpiechu. Prom na Cebu odpływa z Iloilo, co wiąże się z przejechaniem na przeciwległy kraniec Panay, jednej...