Walka z czasem, czyli prom z Boracay na Cebu

27 stycznia 2015  By nakreceni.in 
1


Filipiny są bardzo rozległe i większość turystów podczas swojego pobytu korzysta z kilku wewnętrznych przelotów, by nie stracić zbyt wiele czasu na przemieszczanie się. Nasz plan spędzenia na wyspach sześciu tygodni umożliwiał oparcie się na publicznym transporcie: na promach i autobusach, tańszych niż kupowane na ostatnią chwilę bilety lotnicze. Różnica w cenie może być pozornie niewielka, dopóki ktoś nie przejdzie całego procesu rezerwacji. Tutaj, w przeciwieństwie do linii europejskich, a nawet AirAsia, opłaty nie są doliczane z góry do biletu i dopiero kiedy przychodzi do płatności, okazuje się, że finalna kwota jest dwukrotnie wyższa od tej wyszukanej nawet przez skyscanner.

Zmierzaliśmy na Cebu i biorąc pod uwagę drogę, którą mieliśmy do pokonania tego dnia, Boracay opuściliśmy zdecydowanie w za małym pośpiechu. Prom na Cebu odpływa z Iloilo, co wiąże się z przejechaniem na przeciwległy kraniec Panay, jednej z większych wysp Filipin. Statek odpływał o 19, a na następny musielibyśmy poczekać dwa dni, więc z perspektywy czasu dziwimy się naszej nonszalancji. Aby dostać się do Iloiolo możliwości są dwie, czyli zwykły autobus za 350 peso i mały van dla odmiany za 350 peso. Autobus odjeżdza co pół godziny i jedzie może siedem godzin, a może osiem, bo kierowca za punkt honoru stawia sobie odstawienia każdego pasażera pod sam dom, z czym spotkaliśmy się już w Azji nie raz. Podróż vanem to 5 godzin, bo prywaciarze mają inny cel: wyprzedzić wszystko i wszystkich na swojej drodze. To z kolei znamy z Rosji i Nepalu. O 11 byliśmy już praktycznie bez szans na wyrobienie sie autobusem, stąd naturalnie stawialiśmy na vana. I spotkało nas zaskoczenie. Brakowało pasażerów i musieliśmy czekać nie wiadomo ile i bez gwarancji, że zdążymy na prom. Bez gwarancji, że ruszymy jeszcze tego samego dnia! Ale czemu? Autobus wypełnia się co pół godziny. Gdzie sens, gdzie logika, skoro cena za bilet jest identyczna, a przejazd szybszy i nie mniej wygodny? Na pewno jest jakiś powód i wątpimy byśmy chcieli go poznać.

Możecie się zdziwić, ale postanowiliśmy cierpliwie poczekać na uzbieranie się współtowarzyszy. Chłopaki z obsługi trochę rozbroili nas swoją szczerością i stwierdziliśmy, że skoro i tak się nie wyrobimy, to w najgorszym wypadku pojedziemy następnego dnia najwcześniejszym autobusem. Aby van ruszył potrzeba mu jedenastu pasażerów. Ulokowaliśmy się w Andok’s (jednej z sieciówek serwującej, jak większość tu, paskudne jedzenie) i co jakiś czas zaglądaliśmy, aby rozeznać się jak chłopakom idą poszukiwania. Za pierwszym razem naprawdę przejęli się naszym niepokojem, że nikogo przez 40 minut nie pozyskali i próbowali pocieszyć: teraz już TYLKO dziewięć osób! Nasze dalsze naciski przynosiły jedynie nerwowy śmiech. Kilka minut po 13 stwierdziliśmy, że to już ostatni moment, aby mieć jakiekolwiek szanse dotrzeć na prom, więc jak nie mają wystarczającej liczby pasażerów to zabieramy nasze zabawki i szukamy noclegu. Oni tymczasem ucieszyli się, że jesteśmy, bo własnie ruszają! Zmieniamy tylko vana i w drogę. Podejrzliwi (same price? same way?), ale też ucieszeni wsiadamy. Silnik odpalony, chłopaki zatrzaskują drzwi i… nic się nie dzieje. Niezła taktyka, zamknęli nas w samochodzie, więc zbyt nam wygodnie by uciekać, a oni zyskali czas na dalsze poszukiwania.

Po kolejnych 15 minutach rzeczywiście odjeżdżamy; z czterema osobami na pokładzie. Po drodze co chwila kogoś zgarniamy, by go za moment wysadzić, czyli robimy za taksówkę. Nie przyspiesza to całej operacji, więc już w pełni pogodziliśmy się, że na prom nie zdążymy i mamy tylko nadzieję, że szybko złapiemy jakiś nocleg na miejscu, bo takie przeczekane i przesiedziane dni męczą najbardziej. Ania standardowo całą trasę leży badź śpi, co akurat wcale nie musi mieć nic ze zmęczenia. Pozycja leżąca jest jedyną pozwalającą jej przetrwać podróżowanie po Filipinach. Porównaliśmy tutejszych kierowców do rosyjskich kamikadze, ale nie jest to do końca ich odpowiednik. W Rosji naprawdę baliśmy się o swoje życie, bo nie przywykliśmy do ciągłego zrzucania z drogi samochodów z naprzeciwka. Tutaj czujemy się bezpiecznie, bo kierowcy korzystają z hamulca, ale slalom między jeepneyami, tuktukami, kurczakami i innymi pełnoprawnymi uczestnikami ruchu powoduje nadużywanie metody gaz-hamulec, tak jakby zasady z gokartów przenieść na ulice. To skutecznie spowodowało nawrót choroby lokomocyjnej u Ani. I tak każda przejażdzka na Filipinach jest prawdziwą walką z protestującym organizmem. Dotarliśmy na miejsce po zmroku, czterdzieści minut do odpłynięcia promu. Włączyliśmy postawę bojową i postanowiliśmy zaryzykować, nie wiedząc nawet jak daleko jest do portu i czy na ostatnią chwilę zdołamy kupić bilety. Znaliśmy jedynie godzinę i cenę. W Caticlan, porcie obsługującym Boracay twierdzili, że dojazd to około 40 minut co by znaczyło, że będziemy mogli mu pomachać na pożegnanie, temu statku. Z azjatycką punktualnością bywa różnie, więc nie przekreślaliśmy naszych szans. Złapaliśmy pierwszego taksówkarza, starszego gościa o poczciwym obliczu, ale dopytał na radiu ile ma od nas wziąć i podaje, że 700 peso. Jasne, a w ramach napiwku dorzucimy sztabkę złota. Widząc nasz grymas schodził z ceny, że 500, 400, a i na licznik pojedzie. Acha, macie tu licznik, to już rozsądna propozycja, ale straciliśmy do tego pana zaufanie i w jego licznik też, dogadaliśmy się z kolejnym i stanęliśmy do wyścigu z czasem. Wprawdzie nie wsiedliśmy i nie krzyknęliśmy „ZA TYM SAMOCHODEM”, ale emocje były prawdopodobnie podobne. Kierowca na szczęście zrozumiał jak bardzo chcemy być na tym promie i robił absolutnie wszystko, abyśmy zdążyli. Port okazał się być dużo bliżej niż to wcześniej przedstawiano i po 20 minutach mieliśmy już w ręce dwa bilety i na ostatnią chwilę zapakowaliśmy się do busika dostarczającego ludzi spod terminala na statek, tak jak ma to miejsce na lotniskach (choć tam na inny statek, niby mamy mądrych czytelników, co to wiedzą, ale wolimy by nikt nie czuł się w obowiązku nam to sprostować).

Prom-0861 (Kopiowanie) Prom-0862 (Kopiowanie)

Czekało nas 14 godzin podróży, w klimatyzowanej sali z setką piętrowych łóżek, grającym całą noc telewizorem i zapalonym światłem tuż nad głowami, ale wytrenowani spaniem pod lampą w celu uniknięcia pluskiew, zupełnie nie odczuliśmy dyskomfortu. Dopłynęliśmy do Cebu City rześcy jak po nocy w dobrym guesthousie!




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Boracay - gruby początek na Filipinach! Zaczęliśmy od mocnego uderzenia. Od Boracay, bodaj najbardziej rozreklamowanej spośród wszystkich filipińskich wysp. Bialutki piasek, turkusowa woda, palmy na plaży, ciąg restauracji, barów i niedużych hoteli, tak wygląda to miejsce ze swojej...