OKONOMIYAKI – przebłysk japońskiej gościnności

25 maja 2015  By nakreceni.in 
1


Sklepy 7eleven w Japonii robią za uliczne bary, wchodzi się tam po rolkę sushi, makaron, sałatkę czy kawę. Kawa nie byle jaka, bo z ekspresu, świeże ziarna się mielą, a my siadamy chwilę odpocząć. Są cztery miejsca siedzące, kontakt, a nawet internet, no prawie Starbunio. Obok nas siada rozchełstany gość, wygląda jak korpo pracownik na lunchu i wprawdzie jest niedziela, to w Japonii nigdy nie wiesz! Ania wykorzystuje moment i odpala Skype’a, a gość zaczyna nas podpytywać słabym angielskim skąd jesteśmy, po jakiemu mówimy, czy nam się podoba i szkoda, że Japończycy to głównie po japońsku. No taka gadka dość klasyczna, sympatycznie zaczepna, ale zmierzająca ku końcowi jeszcze szybciej niż kawa w kubku. Facet mówi nam, że musimy spróbować OKONOMIYAKI, to takie lokalne danie, miejscowa wizytówka. Wszystko dzieje się w Hiroszimie i rzeczywiście każdy mówi, że musimy iść na okonomiyaki. A Japończyk, u którego się zatrzymaliśmy narysował nam nawet mapkę, na której zaznaczył, gdzie zjemy najlepiej przyrządzone. No to skoro się już tak bratamy z nieznajomym, to pokazuję mu tę kartkę z mapką, że tak, że wiemy, że jeszcze dziś będziemy się delektować okonomiyaki. Patrzy gość na mapkę i mówi: ooo, świetne miejsce, znam tam właściciela, w ogóle to dam mu znać, że wpadniecie, super, wspaniale. Za moment żegna się i znika za rogiem. Wiadomo, my też byśmy obcokrajowca przekonywali, że pan Roman z przekąsek to nasz dobry kumpel i nie raz z nim wódkę pilim.

Obsługa w 7eleven wyrzuca nas, bo nie można zajmować im miejsca dłużej niż 20 minut, a my tam już drugi dzień urządzamy sobie dłuższy piknik. To Japonia, więc oczywiście wyrzucają nas bijąc pokłony, przepraszając i błagając o przebaczenie, to i my cali w pokłonach wyprowadzamy się w kierunku muzeum, tego o bombie. Po dwóch godzinach zanim jeszcze lokal zapełni się Japończykami stajemy w drzwiach naszego baru z okonomiyaki, a tam czeka na nas, no nie że siedzi i czeka, bo zasuwa rozrzucając noodle na blacie, ale widząc nas jakby czekał na to cały dzień ten właściciel czy menadżer, wyciąga karteczkę i pyta czy to dla nas. Anne i Raphael czyli z grubsza jak się przedstawiliśmy gościowi w 7eleven, bo i z grubsza tak się przecież nazywamy, więc wygląda na to, że do nas. W knajpie wszystko po japońsku, więc dostaliśmy instrukcję jak i co najlepiej zamówić, a żeby okonomiyaki smakowało bardziej to dokłada nam jako prezent kupon na piwo i tenże kupon wydrukował wraz z instrukcją jak go użyć, choć to przecież mały lokalny bar, więc zupełnie to zbędna robota, ale jednak z fantazją. Bijemy więc pokłony tej fantazji, tej kartce, temu barmanowi, temu facetowi, co go już pewnie nigdy nie zobaczymy też bijemy, zjadamy przepyszne okonomiyaki, wypijamy dwa piwa duże lane i w zmrożonym kuflu podane i za żadne rzeczywiście nie płacimy i jasna cholera żeby tu się dało jakąś bardziej odkrywczą puentę wsadzić niż to, że podróżowanie jest wspaniałe, a Japończycy jedyni w swoim rodzaju! MIŁEJ PODRÓŻY, kurde! :))

hiroshima




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:




Czytaj więcej
Czy Nowozelandczycy są dziwakami? Nowa Zelandia miała wyprodukować nowego lepszego Brytyjczyka, wolnego od nałogów purytanina. Przez 50 lat XX wieku obowiązywała tam częściowa prohibicja, polegająca na restrykcyjnym wydawaniu licencji na alkohol i obowiązkowemu zamykaniu pubów...