Zanim wybierzesz się do Chin

22 października 2014  By nakreceni.in 
2


Nie możemy napisać pierwszego rozdziału podróży po Chinach bez wstępu i przedwstępu. Nasza historia ma akurat i jedno i drugie. Zaczęło się oczywiście zanim jeszcze wyruszyliśmy w naszą „podróż dookoła świata”. Wiedzieliśmy, że wybrana droga prowadzi przez Chiny, więc wystąpiliśmy o wizę. Wiza do Chin to dla nas znany temat, występowaliśmy o nią dwa lata temu lecąc do Pekinu. I podobnie jak wtedy wyrabialiśmy ją na ostatnią chwilę dla trybu nie przyspieszonego. Właśnie odebraliśmy paszporty z wizą rosyjską, za kilka dni lot do Moskwy, więc nie możemy mieć potknięć. No to bum, pod ambasadą tłumek, a Chińczycy zmienili godziny pracy urzędu i tego dnia przyjmowanie wniosków już się odbyło, w nowym miejscu. Gdzie wywiesili informację? Na drzwiach dotychczasowego wejścia! Żartujemy, że to taki sprawdzian z cierpliwości, nim ktokolwiek zdecyduje się na śmiały krok zwiedzania Chin, ale tak po prawdzie to nasi też lubią zaskakiwać, o czym za chwilę. Konsul dostrzega zamieszanie i obiecuje, że jego ludzie przyjmą nasze wnioski po lunchu. Nie chce stracić twarzy, szanujemy to!

Kolejną przeszkodę budujemy sobie sami. Wiza do Chin to jak na komunistycznych biurokratów, wielbicieli pieczątek, dość prosty proces z jedną małą przeszkoda, o której nie można zapomnieć. Trzeba pamiętać, by ją opłacić jak najszybciej, aby urzędnik odnotował wpłatę. Z naszych doświadczeń wynika, że nikt nie sprawdza tego w systemie, a Chińczycy opierają się po prostu na dacie potwierdzenia przelewu. Już nam chińskie pierożki pachniały, już zalewaliśmy nudle wrzątkiem, już umieliśmy powiedzieć „dziękuję”, a tu zajęci setką innych spraw wpłaciliśmy kasę na ostatnią chwilę, w dniu odbioru. Próbując się ratować zrobiliśmy to bezpośrednio w oddziale Citi. Tu puenta, czemu nasi nie są lepsi. Chcąc w weekend dowiedzieć się jak najskuteczniej wpłacić pieniądze za wizę, zdając sobie sprawę, że przespaliśmy moment, otrzymaliśmy na infolinii i w dwóch różnych oddziałach za każdym razem inną informację. I żadna z nich nie okazała się właściwa, ale przelew bezpośrednio na konto udało się załatwić. Przy odbiorze pokazaliśmy potwierdzenie, a urzędniczka z Chin spokojnie, bez złych emocji upomniała nas, abyśmy po paszporty wrócili za dwa dni. A wylot jutro! Może uratowała nas bezpośrednia wpłata, może dobry humor przełożonego. Z konsultacji za ścianą Chinka wróciła z naszymi paszportami. A w środku obu wbita wiza do Chin, dwukrotnego wjazdu po 30 dni pobytu, do wykorzystania w przeciągu pół roku. UFF!

Na granicy Zamiin-Uud – Erlianhot chińscy urzędnicy zainteresowali się wyłącznie nami. Mieliśmy szczęście być jedynymi białymi pośród Mongołów i Chińczyków. Wyhaczyli nas w długiej kolejce, sprawdzili paszporty, z uznaniem pokiwali głowami, że jest wiza do Chin, zdziwili się, że brakuje mongolskiej. Nie potrzebujemy, znieśli ją od lipca tego roku. Z uśmiechem zwrócili nam dokumenty i pozwolili stać dalej. Od tego momentu, takie sytuacje wyjątkowej atencji względem nas zdarzały się wielokrotnie i za każdym razem odczytywaliśmy je nie inaczej niż jako troskę o nas.

Ale jeszcze obiecany wstęp, bo gdyby nie on, nie byłoby nam łatwo komunikować się z Wami. Pisaliśmy już, że dla nas podróż to też ludzie. To przede wszystkim ludzie! Nie tylko lokalni, inni turyści z plecakiem, których spotykamy w hostelach, środkach transportu, w trakcie spacerów, wspinaczek, a nawet w sklepie lub knajpie, są źródłem nieocenionych informacji. I nigdy nie wiadomo kiedy small talk znad kubka z kawą przerodzi się w eksplorowanie kopalni wiedzy z głowy rozmówcy. Tak jak wtedy, gdy Rafał zagadał Chińczyka w hostelu w Ułan Bator co planuje zwiedzać w Mongolii. Wybiera się do parku narodowego Terelj? A my już znamy te tereny, więc chętnie opowiemy co i jak! Dosiadł się Hiszpan, dopiero co wrócił z Chin, więc nie brakuje wspólnych tematów. Chińczyk zaskakuje, świetnie mówi po angielsku, żartuje z nami, z dystansem opowiada o swoim kraju. Pracuje dla państwowej agencji, wcześniej zajmował się handlem zagranicznym, teraz odpowiada za wymianę wewnętrzną. Elita. doradza co zobaczyć i jak przetrwać wśród miliarda czterystu milionów jego rodaków. Na czas obchodów Golden Week uciekł od nich do Mongolii, pokazuje zdjęcia tłoczących się turystów w okolicach największych chińskich atrakcji. Walka o dostęp do powietrza. -Sami rozumiecie- dodaje ze śmiechem. I doradza, ściągnijcie sobie lepiej słownik Pleco i aplikację WeChat. Pomogą wam. Wtóruje mu Hiszpan. Chińskie znaczki? Z google translatorem sobie poradzicie. Na android można ściągnąć wersję offline. A co z on-line? Google w całych Chinach zbanowany, wszystkie jego produkty są poblokowane. Nie ma map, nie ma poczty, nie ma youtube’a. A na dokładkę nie ma też dostępu do facebook’a, twittera i kilku innych mniej istotnych dla nas serwisów. System oczywiście ma dziury, więc domyślny klient pocztowy na iOS ściągnie maile z gmail, a fejsbukowy messenger powiadomi, że masz wiadomość, ale nie dostaniesz się do niej. -Zainstalujcie aplikację VPN, na komórce wszystko będzie hulało – przekonuje Hiszpan. Trzeba tylko wiedzieć którą wybrać.

Inni ludzie w drodze to źródło informacji wielokrotnie lepsze niż przewodniki, dokładniejsze, bardziej na czasie i bezpłatne. Źródło nieodzowne, bo samemu nie sposób zająć się wszystkim i zatroszczyć o każdy istotny szczegół w podróży. Nawet nie zdajecie sobie sprawę ilu backpackersom w Chinach rozjaśniliśmy oblicze w ciągu zaledwie dwóch tygodniu pobytu, gdy przekazaliśmy dalej informację o skutecznych aplikacjach VPN. I jak wielu z nas się wydawało, że bez map google da się żyć, podczas gdy jednak prędzej da się obejść bez jedzenia i piwa! Pierwsze chińskie mroki rozgonione, zastanawialiśmy się czy do końca pobytu słońce całkiem przegoni cień znad tej krainy.




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • 9nee3l

    Dziekujemy! Jesli korzystasz z urzadzen z androidem polecamy aplikacje Super VPN – free VPN client, taka z niebieska tarcza w logo. Jedyny problem jaki powodowala to zawieszanie i restartowanie telefonu od czasu do czasu. Po odinstalowaniu problemy ustaly. Jesli masz iOS to tu byla wieksza zabawa, kilka aplikacji dzialalo ale mialo wersje trial na kilka dni, wtedy warto wykupic za kilka € wersje full. I google bedzie dzialalo, na wszelki wypadek warto miec aplikacje oparta na opensource map, np dla iOS to rewelacyjne Galileo. Na androida na pewno tez da sie znalezc odpowiednik (u nas Ania korzysta z Androida a Rafal z iOS wiec niektore aplikacje nam sie nie dubluja).
    Powodzenia!
    A i jesli masz androida to koniecznie w aplikacji google translate zainstaluj sobir jezyki angielski i chinski, bedzie dzialalo offline, opcja niedostepna na iphonach!

  • neskafe

    bardzo fajnie się Was czyta :) może zdradzicie tajemnice jaką aplikacje VPN najlepiej ściągnąć i jak sobie poradzić albo obejść problem z mapami of google? wybieram się za niedługo do Chin i będą to bardzo przydatne informacje. Dziękuje :)



Czytaj więcej
Niezwykły spacer nad przepaścią - HuaShan Drabinki i kilka zbitych desek zawieszone setki metrów nad ziemią, czyli spacetr nad przepaścią na górze HuaShan to jeden z dwóch powodów, dla których się tam wybraliśmy. Zastrzyk adrenaliny uzupełniła niezwykła noc pod gołym niebem na samym...