Local experience w Hong Kongu

26 grudnia 2014  By nakreceni.in 
8


Potrzeba matką świetnych rozwiązań- tak musieliśmy sobie pomyśleć w dnu wyjazdu z Hong Kongu, podrzuceni taksówką na pętlę skąd ruszał autobus na lotnisko, ze świeżo upieczonym domowym chlebem w plecaku i pełni zachwytów nad gospodarzami naszego pobytu nad morzem Chińskim.

Po Chinach zatęskniliśmy za local experience, gdzie ktoś podsunąłby nam pomysły gdzie pójść, co zobaczyć, zjeść lub zrobić. I opowiedziałby nam o panujących zwyczajach, a także odpowiedział na nasze pytania. A zawsze mamy dużo pytań w zanadrzu, tylko często zmuszamy się do gryzienia w język, żeby nie zamienić konwersacji w wywiad. Ostatecznie pewnie gdyby nie naprawdę bardzo wysokie ceny noclegów w Hong Kongu, nie wykazalibyśmy się dostatecznym samozaparciem, by znaleźć na couchsurfingu kogoś, kto odpowiadałby nam i jeszcze zgodziłby się nas przenocować. Tym razem było to wyjątkowo ambitne zadanie wymagające wysłania zapytań do dziesiątek osób, ale rzutem na taśmę udało się i trafiliśmy tak fantastycznie, że czujemy się wręcz zobowiązani, by wam o tym wspomnieć!

QG8A6329 (Kopiowanie)

Hong Kong generalnie jest anglojęzyczny, tyczy się to komunikacji miejskiej, wielu usług i sklepów. Lokalna ludność ma jednak swój kantoński i często nie kłopocze się z tłumaczeniem menu, cenników ani opisem usług. Ta część Hong Kongu jest najczęściej poza zasięgiem i zainteresowaniem ludzi z zachodu i ta część jest najciekawsza! Dzięki temu, że skorzystaliśmy z noclegu u ludzi miejscowych, mogli nam uchylić wieko, przez które podejrzeliśmy jak żyją lokalsi, nie związani z wielkim biznesem centralnej wyspy. Patryk i Monika okazali się wyjątkowo troskliwymi gospodarzami i za punkt honoru postawili sobie, byśmy mieli o ich miejscu jak najlepsze zdanie. A może to po prostu hongkongski standard gościnności? Ucieszyli się, że odpowiada nam kulinarne poznawanie nowych miejsc i związane z tym ryzyko, więc od razu zabrali nas na śniadanie po ichniejszemu do dużego baru przypominającego amerykańskie śniadaniownie, w których dolewkę kawy serwuje dziewczyna na wrotkach. Stojąc na przegranej pozycji wobec chińskich znaczków, pozwoliliśmy zamawianie zostawić Patrykowi, a sami poświęciliśmy się obserwowaniu lokalsów wcinających na śniadanie zupę, nudle i pierożki, a po kilku minutach sami do nich dołączyliśmy. Czyli pod tym względem, niedaleko padło jabłko od Chin. W „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, bohater nie miał czasu, więc śniadanie jadał na kolację, my za to od dłuższego czasu funkcjonowaliśmy w trybie jedzenia na śniadanie obiadu, więc bez problemu dostosowaliśmy się do realiów także w Hong Kongu. A na deser, już z ulicy, wzięliśmy świeżo wypieczoną tartę jajeczną a’la portugalski pastel de nata. Koledzy z Makau pewnie zainspirowali Hong Kong tym przepisem!

Patryk wiedział, że na mieście żywimy się między innymi w wyróżnianych gwiazdką restauracjach i chyba z lekką ironią względem tych rozreklamowanych miejsc zaproponował, że zabierze nas na takie naprawdę lokalne dim sumy. I że jeśli te dotychczasowe nam smakowały, to z tych gdzie nas zaprowadzi na pewno też będziemy zadowoleni. Wnętrze trochę wymarłego niedużego budynku handlowego nie wskazywało na fajerwerki, ale gdy stanęliśmy przed drzwiami restauracji to aż nas zatkało. Sala bankietowa pełna złotych zdobień i imponujących żyrandoli, z wielkimi akwariami ustawionymi pod jedną ze ścian, sprawiała wrażenie jakbyśmy trafili na wesele, na którym stawiło się zbyt wielu gości, więc zamiast parkietu również ustawiono stoliki. Znacznie ponad setka ludzi, w większości emerytów, pośród gwaru i brzdęku rozstawianych i zbieranych talerzy konsumowała swoje późne śniadanie. Nigdy byśmy tu sami nie trafili, a nawet jeśli, to nie udałoby nam się złożyć zamówienia. Przyszło nam dłużej czekać na stolik, bo pomimo rozmiaru sali poranek tu celebrowano- był czas aby przejrzeć lokalną prasę albo z kolegami pograć w karty. Nasze wyobrażenie o szczęśliwej emeryturze właśnie wyryło jakiś zwój w mózgu i jedynie przyznaliśmy z pewnym smutkiem, że dystans jaki dzieli Hong Kong od naszej ojczyzny nie wyraża się wyłącznie kilometrami. Nasi gospodarze przeciągnęli nas absolutnie przez wszystkie pozycje niezrozumiałego menu i nawet jeśli dotychczas nie decydowaliśmy się próbować kurzych łapek w panierce czy gąbczastego ciasta, to teraz już nie dano nam możliwości ucieczki. Idąc w dwie osoby nie zamawiamy więcej niż zdołamy zjeść, teraz rozkładając porcje na czwórkę naprawdę możemy powiedzieć, że znamy tamtejszą kuchnię na wylot. I dajemy jej wszystkie gwiazdki Nakręconych, jakie tylko mamy!

Wiedząc jak Patryk z Moniką przejmują się naszym samopoczuciem nie wtajemniczaliśmy ich w poszukiwanie lekarza dla Ani kiedy wszechobecna klimatyzacja ustawiona na minus pięć stopni przyniosła jej anginę. W Hong Kongu jest mnóstwo małych prywatnych klinik i momentalnie znaleźliśmy taką, która budziła zaufanie, a recepcja znała angielski. Otoczyli Anię troską, bardzo szybko poprosili do gabinetu na wizytę, postawili diagnozę i wydali w foliowych torebeczkach leki, obliczone co do dnia i z opisem dawkowania. Za służbę zdrowia też dajemy Hong Kongowi gwiazdkę i jeszcze dorzucamy lajka!

QG8A6022 (Kopiowanie)

Na koniec naszej kulinarnej podróży przez Azję z parą hongkongczyków zaprosili nas jeszcze na domowego hot pota, czyli fantastyczny chiński wymysł spędzania kolacji nad bulgocącym bulionem, w którym sami gotujemy przygotowane wcześniej surowe składniki. I tak jak nasza podróż nie jest tematyczna, ani nie podążamy śladem niczego, tak gdybyśmy mieli z każdego kraju poznać tylko jeden jego aspekt to na pewno wybralibyśmy właśnie kuchnię!

QG8A6326 (Kopiowanie)   QG8A6328 (Kopiowanie)

Podczas wspólnej kolacji w ich niedużym mieszkaniu,  ulokowanym w dwupiętrowym budynku (rzadkość w mieście, gdzie większość ludzi żyje w wystrzelonych do nieba blokowiskach) sporo rozmawialiśmy o sytuacji politycznej Hong Kongu. Nasi gospodarze wprawdze zajęci życiem nie specjalnie fascynowali się protestami przeciwko Chinom, ale też z rozmów jasno wynikało, że traktują się jako kompletnie osobny byt i chyba po prostu nie wierzą, że może im ta niezależność zostać odebrana. Mają na przykład swoją telewizję, nie ograniczoną żadną cenzurą, czyli taką, do której nie docierają zwykli Chińczycy. Nie ma tam również nałożonych barier na facebooka, czy google’a, internet nie jest blokowany i faktycznie, lokalna ludność korzysta masowo właśnie z amerykańskich serwisów, a nie ich chińskich odpowiedników. Dla nas to może abstrakcja, ale bariera językowa pomiędzy Hong Kongiem mówiącym po kantońsku, a większością Chin mówiącą po mandaryńsku, jest trudna do przeskoczenia i dopiero kolejne pokolenia młodych ludzi uczących się mandaryńskiego w szkołach może to zmienić. W telewizji wypowiedzi Chińczyków są serwowane z napisami. Równolegle funkcjonują też kanały całkowicie anglojęzyczne, ale pomimo obecnej zawieruchy politycznej, nie widać w tych ludziach tęsknoty za panowaniem brytyjskim. Chcą swojej wolności i mają ją w jednym z kluczowych aspektów, bo Hong Kong od lat zajmuje pierwsze miejsce w rankingu wolności gospodarczej. Patryk i Monika nie uważają się za wielkich szczęściarzy, ale przyznają, że życie w Hong Kongu jest całkiem satysfakcjonujące.

Na koniec jeszcze dostaliśmy chleb. Wystarczyło, że Ania poruszyła temat maszyn multi- i ricecookerowych, których stało kilka obok siebie, a postanowili zrobić z nich użytek i przygotować dla nas świeży wypiek. To wszystko zapewne wpłynęło na nasze postrzeganie Hong Kongu i fascynację tym miejscem, ale w kolejnym wpisie przedstawimy też inne atrakcje, które nas przyciągnęły i sami przyznacie, że warto zaplanować tam kilka dni odwiedzając południowe Chiny!

QG8A5982 (Kopiowanie)




nakreceni.in
nakreceni.in
Nakręceni to Ania i Rafał. Na półtora roku zamieniliśmy etat w biurze na życie w podróży. Z plecakiem i namiotem przemierzyliśmy Azję aż na kraniec świata w Nowej Zelandii. W drodze powrotnej już na rowerze przejechaliśmy z Chin do Gruzji zostawiając pod kołami między innymi szlaki Pamiru. Blog to nie tylko wirtualna szuflada wspomnień, będziemy tu dalej dzielić się przemyśleniami o świecie, często z przymrużeniem oka, bo tak jak w podróżowaniu, tak i w pisaniu o podróżach dystans ma znaczenie. Zostańcie z nami! Jeśli chcielibyście nam zadać pytanie, czy też zaproponować współpracę lub kierunek kolejnego wyjazdu, piszcie na adres: nakreceni.in@gmail.com







Sprawdź również:


  • Aneta

    Kochani cudnie się Was czyta! Powodzenia! Ciekawe gdzie spędzicie Nowy Rok : )) Jakie plany?

    • Dziękujemy! Takie słowa to dla nas zawsze duża motywacja :)
      Plany na Nowy Rok są związane z pograniczem tajsko-malezyjskim, ale przyznamy, że jeszcze nie wiemy konkretnie dokąd dotrzemy, najpewniej gdzieś do prowincji Trang lub Satun!

  • Anonim

    Kochani cudnie się Was czyta! Powodzenia! Ciekawe gdzie spędzicie Nowy Rok :) , jakie plany?

  • Polska jest bardzo podobna do Hong KongI I tu pojawia się konsternacja Czytających! Ala spokojnie. Już wyjaśniam.Otóż z punktu widzenia przynajmniej tzw. licznych prywatnych praktyk lekarskich jesteśmy bardzo podobni do HK! My też mamy na każdej ulicy przynajmniej jeden punkt medyczny! Jest albo apteka, albo przychodnia ogólnolekarska,albo przynajmniej gabinet dentystyczny! Podejrzewam, że nawet Hong Kong nie poszczyci się takim zagęszczeniem ww. „atrakcji”! A w torebkach foliowych, to podają u nas inne medykamenty, nazwijmy je „uszczęśliwiające”, też wyliczone!

    • Dziękujemy za komentarz z celną uwagą! Rzeczywiście pod względem liczby aptek (i monopolowych) Warszawa nie ma sobie równych. Nas w HK zaskoczyła liczba prywatnych punktów lekarskich bo z ulicy w obrębie nie więcej niż 500 metrów trafiliśmy na 3 (nie licząc kompletnie nie interesujących nas wtedy specjalizacji), wchodząc do przypadkowo wybranych budynków. Ale to było ścisłe centrum, więc pewnie pod względem całkowitego zagęszczenia Polska znów na prowadzeniu :)) Pozdrawiamy!

  • Piekna historia. Ciekawe jakiej marki te multi i rice cookery ?? :)

    • no właśnie nie tej jedynej słusznej! ale chleb wyszedł…:)

  • to ja

    super!



Czytaj więcej
Kuala Lumpur świętuje Boże Narodzenie? Święta Bożego Narodzenia? Nawet w muzułmańskiej Malezji to kawał biznesu, z którego nikt nie zrezygnuje, a największym beneficjentem są centra handlowe. Pavilion w Kuala Lumpur zainwestował w dekorację świąteczną grubą kasę, ich rozmach...