Wjechaliśmy do perły Azji Środkowej. Piękne widoki, historyczne starówki i barwna kultura- żadne z tych określeń nie pasuje do Turkmenistanu, a jednak to właśnie tam w ciągu ostatnich 25 lat niepodległych Stanów miało miejsce najwięcej wydarzeń, które mogą być uznane za perełki, zwłaszcza wśród poszukiwaczy historii rodem z psychiatryka. Za większość odpowiada natchniony przez samego Allacha Turkmenbasza, resztę dołożył jego następca- doktor nauk medycznych o wpadającym w ucho imieniu Gurbanguly Berdimuhamedow. Ten już drugą kadencję uzdrawia kraj, ale końca nie widać.
Szaleństwa Turkmenbaszy
Turkmenbasza, ojciec wszystkich Turkmenów, a właściwie Saparmyrat Nyyazow mógł być jednocześnie pomyleńcem z rozdmuchanym ego, jak i wizjonerem z fantazją lub pierwszej wody komediantem, niestety równie zabawnym co groźnym. Na pewno nie można mu odmówić charyzmy, rozmachu i zdolności skutecznego przekupywania społeczeństwa. Obywatele Turkmenistanu niemal nie ponoszą żadnych opłat za gaz, wodę i elektryczność, płacą kilka dolarów rocznie podatku za nieruchomości, a benzyna kosztuje grosze. Tanie są w związku z tym również produkty w sklepach, przejazdy koleją i hotele, o ile nie jest się zagranicznym turystą, o czym za chwilę. Naród przyjął te dary i pozwolił prezydentowi przejmować najważniejsze stanowiska publiczne zawłaszczając państwo i stając się władcą absolutnym. Mawiają, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a Turkmenbasza musiał być bardzo głodnym człowiekiem. Urzędy obwiesił swoimi portretami, skwery zapełnił pomnikami własnej osoby, a kontrolą nad bogactwami złóż naturalnych, gdy opłacił już z nich media rodaków, obdzielił rodzinę i przyjaciół. To jeszcze mieści się w standardach Azji Środkowej, ale Nyyazow w swej megalomanii poszedł znacznie dalej. Jako potomek Aleksandra Wielkiego, co gorliwie potwierdzili posłuszni władcy historycy, machnął się na napisanie Ruhnamy- księgi duszy– w której zawarł wszystko co Turkmeni powinni wiedzieć o nim, o historii kraju i o tym jak żyć. Turkmenbasza dogadał się z Allachem i każdy kto przeczytał dzieło mistrza miał zagwarantowaną miejscówkę w raju. Za marchewką poszedł też kij, bo bez znajomości Ruhnamy nie dało się ukończyć szkoły, dostać posady w administracji publicznej, ani nawet… zdać egzaminu na prawo jazdy. Czyli ten gaz, prąd i woda nie tak całkiem za darmo. Gdy kłopoty zdrowotne zmusiły prezydenta do rzucenia palenia, wprowadził restrykcyjne prawo zakazujące kurzenia w miejscach publicznych, a nawet w prywatnych samochodach. Chyba najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że naród posłusznie podporządkowywał się tatusiowi i palenie rzucił. Dziś nawet WHO podaje, że Turkmenistan jest na czele listy krajów z najmniejszą liczbą uzależnionych od tytoniowego nałogu. Obywatele przyjęli też, że od dziś nazwy miesięcy zmieniają się zgodnie z wolą prezydenta. On sam był styczniem, a jego mama kwietniem. Prawdziwy mistrz kreowania wizerunku, gdyby żył na zachodzie firmy PRowe by się o niego biły.
Listy zabawnych zakazów jest długa: broda zła, bo im dłuższy zarost, tym krótszy mózg; psy w stolicy (Aszchabadzie) złe, bo śmierdzą; złote zęby złe, bo zamiast wymieniać lepiej o nie zadbać gryząć kości za młodu. Mniej śmieszny był zakaz istnienia opozycji. Większość jej członków zniknęło bez wieści, tak jak były minister spraw zagranicznych Turkmenistanu, którego syn od wielu lat z emigracji domaga się sprawiedliwości, ale świat pozostaje głuchy na jego nawoływania. Śmiejemy się z Korei Północnej, obserwujemy z niepokojem przeróżne dyktatury, a wieści o wariactwach Turkmenistanu nie zyskują rozgłosu. Mianowany po śmierci Turkmenbaszy nowy prezydent miał ambitne plany naprostowania kraju i idzie mu doskonale. Państwo jest na szarym końcu rankingów demokratyzacji i korupcji. Po ośmiu latach rządów można napisać, że jest bardzo pojętnym uczniem ojca wszystkich Turkmenów.
Nie ma miejsca na dyskusję
Nie ma się co dziwić, że w tej atmosferze zagraniczni turyści nie są w Turkmenistanie szczególnie mile widziani, ale władza sobie, a lud sobie- tak myśleliśmy i nastawialiśmy się raczej na ciekawskie spojrzenia i dociekliwe pytania, niż krzywe spojrzenia. Tymczasem mamy podejrzenia, że część niechęci wobec obcych spłynęła także na obywateli, ale może po prostu rozpieściliśmy się uzbecką gościnnością. W Turkmenabadzie, pierwszym przystanku na naszej trasie, obowiązywały sowieckie zwyczaje. Na stacji kolejowej trzyosobowa kolejka, któej obsłużenie zajęło kasjerowi godzinę, potem odprawienie z kwitkiem, bo zabrakło już biletów na pociąg. Kasa z biletami na dzień następny zajmowała się odburkiwaniem przyjdźcie jutro, zamiast sprzedażą. Dowiedzenie się czegokolwiek konkretnego przypominało wbijanie gwoździa czołem. Po wielu próbach i ranach zadanych psychice mogliśmy ledwie przypuszczać, że uda się następnego dnia.
W takim razie, szarpniemy się na nocleg, w końcu ile może tu kosztować pokój jak ten kraj to jeden wielki sklep wszystko po 5 złotych? Pierwsza próba- a skąd jesteście? Z Polszy. To 50$. No dobrze, to z Germanii: 50$! Druga próba- a skąd jesteście? Co za różnica, ile za pokój? 50$! A może… NIE, 50$, bierzecie czy nie? Nie.
Ktoś zaczepił nas na ulicy. Szukacie noclegu? Super, wpadniecie, pogadamy przy herbacie, a ja wam nie policzę tyle co gastinica, ze 20$ wezmę. Dobra, dzięki za taką gościnę, szukamy dalej. Udało się za niecałe 30$, ale hotelowe panie miały tyle uroku, że gdybyśmy mogli zostać obsłużeni przez terminal zamiast człowieka, to chętnie byśmy dali i tych 50$ żeby nie musieć z nimi obcować:
– Widzicie, tu mam cennik, lokalni płacą 10 manatów [lokalna waluta, 1:1 z polskim złotym], obcokrajowcy 100 manatów. TAKIE ZASADY PANIE, TU NIE MA MIEJSCA NA DYSKUSJĘ.
Następnego dnia z miejscówkami na pociąg poszło już łatwiej, chociaż ponownie czas obsługi jednej osoby wskazywał, że biletu się nie drukuje, a układa ze stuelementowych puzzli. Gdyby takie tempo obowiązywało w Chinach, ludzie nadal czekaliby w kolejce na pociąg z września 97 roku. O transporcie rowerów dowiedzieliśmy się tyle, że trzeba będzie dogadać się z konduktorem, czyli wiadomo: dziengi. Skład towarowy jeździ do Aszchabadu, ale nie o tej godzinie co my. To dlaczego w takim razie my nie jedziemy o tej porze co skład towarowy- spytaliśmy, ale to już było zbyt wiele wątpliwości zgłoszonych kasjerowi. Pewno zaraz będą chcieli obalić system te turysty– tym wzrokiem patrzył się na nas pracownik kolei, a my na w razie czego wzięliśmy nasze nogi i bilety za pas podejmując decyzję o dogadywaniu się z kierownikowiem wagonu. Ten jak tylko nas zobaczył, zaczął dumać na głos jak to nie ma miejsca na rowery i gdzież on miałby je niby postawić. A tu, a tam, proponowaliśmy wiedząc doskonale do czego to zmierza.
– No nie da rady, nie da rady, będziecie musieli nadać rowery taksówką. – cwane oczka prowadnika strzelały na prawo i lewo, przewracając białkami jak automaty w kasynie owocowe symbole.
Można się nabawić mdłości od tych ich podchodów. Skończyło się na 20 manatach, które pozwoliły nam przespać w spokoju cała drogę w bardzo wygodnych łóżkach turkmeńskiej kuszetki bez obaw o nasze w sumie cztery kółka. Starczyło też czasu na delikatne zakumplowanie się z dwoma współpasażerami, których ewidentnie fascynowała nasza podróż i zaobserwowanie kolejnych dwóch tuzinów spojrzeń raczej nam niechętnych, a może tylko wystraszonych posyłanymi w drugą stronę niepewnymi uśmiechami. Spokojnie, nie przyszliśmy po wasz gaz, waszą bawełnę, ani po portrety waszego Turkmenpapy. Oddając sprawiedliwość lokalsom, musimy napisać, że w dworcowej poczekalni gdy dotarliśmy już do stolicy, sympatii ze strony mieszkańców było znacznie więcej, a wraz z nią także sensownych, choć krótkich konwersacji.
Marmurowe Las Vegas Turkmenistanu
Aszchabad jeszcze przed świtem wyglądał jak skrzyżowanie disneylandu z Las Vegas. Gdzieniegdzie wystrzeliwały w niebo oświetlone minarety, pałacowe kopuły i dziwne konstrukcje, które mogły być zarówno pomnikami jak i rakietami kosmicznymi. Święta księga Turkmenistanu, Ruhnama, została w 2005 roku wysłana na orbitę, także kto wie. W Aszchabadzie nie zamierzaliśmy się zatrzymywać, chcieliśmy zrobić rundkę po tym odlotowym mieście i skierować się na pobliską granicę z Iranem. Służby w stolicy nie lubią fotografowania ich marmurowych budynków (jest ich tu najwięcej na świecie co przyklepała komisja księgi rekordów guinessa), więc żeby nie drażnić się z władzami po prostu chłonęliśmy oczami ten nieprawdopodobny widok. Aszchabad to bajkowe miasto, intrygujące, kompletnie odrealnione, ale wcale nie kiczowate. Szerokie arterie oddzielają od siebie głównie rządowe budynki, przeszklone uczelniane wydziały i pałace bliżej nieokreślonego użytku. Przy gmachach kręcą się głównie ochroniarze, miasto wygląda na opustoszałe, ale nie ma się czemu dziwić, skoro przestrzeń nie została zaprojektowana do życia, a do robienia efektu. Biorąc pod uwagę oryginalność projektu Turkmenbaszy i wszechobecną biel marmurów można powiedzieć, że wizyta w Aszchabadzie była najjaśniejszym punktem naszej wizyty w Turmenistanie.
Walcz i nie płać
Pusta autostradowa wylotówka z miasta doprowadziła nas pod samą granicę z Iranem, gdzie dokonał się na nas ostatni akt turkmeńskiego cyrku. Odprawa paszportowa ma miejsce na samym szczycie wzniesienia, do którego zamierzaliśmy dotrzeć o własnych siłach na rowerze, gdy na naszej drodze stanął pierwszy posterunek i bucowaty pogranicznik: nie wjedziecie tam, musicie podjechać podstawionym autobusem.
Czytaliśmy wcześniej o tym, że ten autobus to droga zabawa dla obcokrajowców, więc podjęliśmy ostrą walkę. Że nie ma mowy, że jedziemy na rowerach, że jak im się nie podoba, to zaraz rozbijemy tu namiot i będziemy czekać na reakcję ambasady, że strajk głodowy albo respektowany w naszym kraju honorowy pojedynek na szable. I nie wiemy jak to się właściwie stało, ale krzycząc na siebie i obrzucając groźbami zostaliśmy wsadzeni do autobusu wraz z rowerami i co najmniej dwudziestką lokalsów, zawiezieni kilkanaście kilometrów na górę pod granicę i nikt nas nie poprosił o złamanego manata. To dobrze, bo zostało nam ich pięć, a spytani pasażerowie ile oni płacą za tę przejażdżkę zaczęli kręcić, że nie wiedzą ile od nas będą chcieli, a oni to tak, no z 5 płacą. Gówno prawda, nic nie płacą i nikt płacić nie musi, a wszystko co zostawiają tam turyści jest wyłącznie wpadaniem w zastawianą na nich pułapkę.
Na szczęście sami celnicy okazali się przemili, powypytywali o podróż, pożartowali z opalenizny i wypuścili do Iranu. A tam, pierwsze wrażenie? Długo by się rozpływać. Inny świat. Najlepiej podsumował to napotkany zaraz po odprawie Irańczyk, uśmiechnięty od ucha do ucha, serdecznie witający nas w swoim kraju: to wspaniale, że przyjechaliście do Iranu! U nas everything no problem, w Turkmenistanie everything problem.
To prawda, ale czy jeszcze kiedyś będzie nam dane odwiedzić równie zabawny kraj?
Ania zarzuciła chustę na włosy i ruszyliśmy poznawać Persję.
Pingback: Ze Źródeł #45 » Kuba Osiński()